Cdziennik Australijski (14)

Także mieszkamy na klifie. Wszyscy już o tym wiedzą, bo w kółko to powtarzam. Obserwujemy więc sobie z balkonu fale, żaglówki, statki i wschody słońca, a nocą to księżyc obserwuje nas. Kilka razy udało nam się “towarzyszyć” wielorybom w ich corocznych migracjach, raz mieliśmy szczęście zauważyć stado delfinów tuż pod naszym blokiem, a pewnej soboty emocji dostarczyło nam dwóch śmiałków, którzy rozpięli slack pomiędzy klifami i próbowali swoich sił 30 m ponad kipielą.

Obserwujemy też rybaków, którzy upodobali sobie rock fishing i wyszukują najniebezpieczniejsze półki i wyłomy skalne, by złapać tę swoją rybę z oceanu targanego falami, roztrzaskującymi się o skały, które już oberwały się z klifu i runęły do wody.
– O chyba ma branie! woła S. obserwujący rybaków od jakiegoś czasu. Podchodzę do skraju balkonu. Rzeczywiście kołowrotek obraca się w równym tempie, gdy rybak przykuca, by ustabilizować swoją pozycję. Trwa to dłuższą chwilę, bo przecież jeśli na końcu żyłki rzeczywiście coś jest, to trzeba to wciągnąć ponad 30 m w górę klifu. W końcu jest – złapana ryba pobłyskuje srebrzyście w porannym słońcu.

Gdy tak obserwujemy całą akcję, zastanawiam się , czy w takich momentach bardziej życzę im dobrego połowu, czy tego, by przeżyli.

* * *

 

To, co powyżej napisałam w poniedziałek. Wielkanocny. Jest sobota, godz. 23. Od ponad godziny zawieszony przed naszym balkonem śmigłowiec patroluje klif. Metr po metrze. 4 silne reflektory oświetlają ściany klifu i taflę oceanu.
Z początku nie zwróciliśmy uwagi na odgłos helikoptera za oknami, przyzwyczajeni, że policyjny śmigłowiec patrolujący wybrzeże podlatuje tak blisko naszego bloku, że spokojnie możemy pomachać załodze i dostrzec, czy odpowiadają nam uśmiechem. Z reguły jednak dzieje się to w soboty przed południem.
Kiedy odgłos helikoptera nie oddalał się , wyszliśmy na balkon, by w ciemności dostrzec, że to jednak nie jest znana nam policyjna maszyna, ale potężny wojskowy śmigłowiec zawieszony niemal na wysokości klifu i niemal na wyciągniecie ręki. Drugi, nieco mniejszy, zataczał koła wokół łodzi, która wyposażona w równie silne światła, patrolowała miejsca, gdzie fale rozbijają się o skały.

Jest północ. Nie wiemy, kogo szukają. Stoję na balkonie zaciskając pięści i wpatruję się w czarną wodę, po której przesuwają się zielonkawe plamy, w miejscach, gdzie pada światło reflektorów. Zaciskam pięści mocniej i mocniej, może jednak niczego nie znajdą. Może czyjś mąż, albo tato wróci dziś do domu, tylko trochę później niż zwykle.

Codziennik Australijski (13)

Ludzie decydują się na zamieszkanie razem, potem decydują się na kota, a nawet kredyt, albo, co gorsza, dzieci. My mamy paprotkę. Z całych sił staramy się ją utrzymać przy życiu. Teraz mamy też poczucie ogromnej odpowiedzialności na jednym ramieniu z balastem dorosłości na drugim, gdyż na najbliższy miesiąc do naszej paprotki dołączyło 5 storczyków (oraz ich własna konewka).

Peggy leci do Izraela na Święto Paschy, a my obiecaliśmy zaopiekować się jej kwiatami. Po pracy zapukaliśmy więc do drzwi naszej sąsiadki, by zapytać, czy możemy jej jeszcze w czymkolwiek pomóc. Peggy bardzo się stresuje podróżą i mówi, że już tęskni za oceanem, który musi tu zostawić. Jako, że pochodzi z Johannesburga, mówi, że tam tylko ląd i skały, a jej się tak bardzo spodobał ocean, kiedy przeprowadzili się do Australii!
Pytamy, czy ma kto ją odwieźć na lotnisko o tej 4 nad ranem. Tak, przyjedzie po nią kierowca, bo Peggy leci biznes klasą. “Trwonię spadek moich dzieci, proszę ja was” dodaje z szerokim uśmiechem.

Zostaliśmy zatrzymani w kuchni, gdzie zawartość lodówki zaczęła się systematycznie przenosić na nasze ręce. “Przecież zmarnuje się pod moją nieobecność, a Wy sobie zjecie”. W końcu obładowani tak, że nie widać już było naszych twarzy, gawędzimy wesoło, a rozmowa schodzi na temat tego, że nie mamy telewizora.
P: Ale tak w ogóle nie macie?!
S: Tak w ogóle.
P: Jak chcecie, to zapraszam w każdej chwili do skorzystania z mojego.
E: Dziękujemy, nie trzeba, ale za to bardzo chętnie skorzystamy z książek.

Nagle Peggy wykrzykuje “Czy mówiłam Wam już o mojej książce?”
Przyznajemy, że widzieliśmy, że pisze poezję, ale nie mieliśmy pojęcia o książce. Wtedy Peggy przepycha się między nami: “Nie może być, przepraszam, przepraszam!”, a ja gubię mango, ziemniaka i dwa pomidory, próbując utrzymać karton z mlekiem (lactose free, kosher), butelkę soku pomarańczowego, chleb tostowy i kiść winogron.

Wróciła po chwili z małą, niebieską książeczką. “Samolot, którym leciała moja siostra został zestrzelony w czasie wojny i przez to okropnie bałam się latać. Aby pomóc mi oswoić się z tym lękiem, mój mąż opowiedział mi historię o Elpasach, niewidzialnych ludziach , którzy sprawiają, że samoloty latają bezpiecznie, a ja opisałam to w książeczce dla dzieci”.

Dostaliśmy specjalną dedykację, a także chleb z rodzynkami na dokładkę, obiecaliśmy zbierać gazety, które co rano lądują pod drzwiami naszej sąsiadki i po raz kolejny życzyliśmy jej szczęśliwej podróży.

Tacy ludzie, jak Peggy sprawiają, że świat staje się lepszy.

Mój świat na pewno.

W górach jest wszystko, co kocham. O tęsknocie.

“Tęsknisz za domem?” pytają. Oczywiście, że tęsknię. Za domem, za Polską, za rodziną, za przyjaciółmi. Tęsknię za swojskością, za językiem, w którym rozumie się więcej niż wypowiadane słowa, za swobodą wyrażania się i za zrozumieniem, kiedy w ostateczności rzuci się soczystą kurwą. Tęsknię za tym, że mogę po prostu wejść do księgarni i kupić książkę PO POLSKU. Tęsknię agilą, za ulicami, które się zna na pamięć i tym, że ma się to niezachwiane poczucie stabilności świata, bo 4-ką zawsze dojedzie się do Hali Ludowej.

Tęsknoty te da się jednak “przegadać”, “przemyśleć”, “przeżyć” przeżywaniem dnia codziennego albo przygód. Da się złagodzić logiką i kontrargumentem, że dokonało się w życiu wyborów, że coś za coś, że nie można mieć wszystkiego, że bilety do Polski na wrzesień już kupione i nie mazgaj się, bo mieszkasz na klifie i w Australii fajnie (i na ogół ciepło) jest.

Właściwie dopiero po zamieszkaniu nad oceanem uświadomiłam sobie, że jestem, choć tak po prawdzie to mieszczuchem, ale jednak człowiekim gór. Podczas obu wizyt w Polsce zabierałam S. w góry, tak, jak Tato zabierał nas przez całe życie. Była to dla mnie najnaturalniejsza rzecz, jaką się robi, gdy ma się trochę wolnego i mieszka na Dolnym Śląsku.

Tato był prawdziwym człowiekiem gór. Kiedy byłam bardzo mała, pamiętam 2-tygodniowe sesje, kiedy znikał, a ja, w głębi mojego małego serduszka, cieszyłam się i zacierałam małe rączki, bo wiedziałam, że na pewno wróci z jakąś niespodzianką. Zawsze przywoził mi, a potem nam, prezenty wracając w wypraw w góry. Pamiętam, że kiedy widziałam go wieczorami robiącego pompki w sypialni oznaczało to, że wyjazd w góry się zbliża. Na długo przed tym zanim nauczyłam się napisać poprawnie własne imię, wiedziałam, że najpiękniej w górach jest jesienią, jak przygotować buty na wędrówkę, co spakować do plecaka i jak czytać mapy. W zasadzie czego, jak czego, ale map wszelkiej maści zawsze było w naszym domu pełno.

Było też pełno książek. Pierwszą “prawdziwą” książką, jaką przeczytałam w całości był “Doktor Dolittle i jego zwierzęta” (lektura w pierwszej klasie podstawówki!). Po każdym przeczytanym rozdziale siadaliśmy razem z Tatą w pokoju, zamykaliśmy drzwi i miałam mu opowiadać, co się w danym fragmencie wydarzyło. Denerwowałam się tylko za pierwszym razem, potem uwielbiałam te momenty, kiedy mogłam własnymi słowami opowiedzieć o świecie, który zaczynałam poznawać. Miała to być moja pierwsza (i najlepsza) lekcja czytania ze zrozumieniem, a także publicznych wypowiedzi. Dla mnie jednak to były ekscytujące chwile, kiedy Tato, na codzień milczący, surowy, a nawet groźny, stawał się towarzyszem przygód i kompanem w dyskusji. Wtedy też z zazdrością obserwowałam, jak jego zakładka przemieszcza się przez książkę znaczniej szybciej niż moja. I tak już zostało: przez lata, co dwa – trzy tygodnie tachałyśmy w siostrą stosy książek z biblioteki, które robiły rundkę po domu. Po przeczytaniu przez nas, książki lądowały z drugą zakładką na parapecie obok fotela Taty.

Tato zawsze był małomówny, silny, od podejmowania decyzji, nigdy nie dał mi, ani nikomu, prowadzić swojego samochodu i potrafił wszystko. Podobno, kiedy się dorasta, rodzic z bohatera, “który wszystko wie i wszytko potrafi” staje się normalnym człowiekiem. Choć Tato z czasem też stał się dla mnie człowiekiem, z całym pakietem dobrych i złych cech, to nadal potrafił WSZYSTKO i w wielu aspektach wyprzedzał swoją epokę. Kiedy nastąpił pierwszy atak, próbowałam utrzymać to silne ciało rzucające się w drgawkach i patrzyłam, jak tężeje, bo nie może złapać oddechu. Już w szpitalu, po podaniu leków, kiedy wszystko się nieco uspokoiło, Tato powiedział, że następnego dnia o 15tej mają wymienić w aucie klocki hamulcowe. “Będziesz musiała się tym zająć”. Nigdy nie usłyszałam od Taty, że we mnie wierzy, choć w wielu momentach tego potrzebowałam, ale wtedy w szpitalu, o 3 nad ranem, to było najdosadniejsze “wiem, że sobie poradzisz”, o jakie mogłabym prosić.

Od tamtej pory tato wielokrotnie przebywał w szpitalu. Ja w tym czasie zerwałam więzadło i czekały mnie dwie operacje kolana. Jedna z dziewczynek trenujących w naszej grupie capoeira dała mi gumkę recepturkę w kształcie dinozaura “na szczęście, żeby udało się naprawić nogę”. Taka była wtedy moda wśród dzieciaków, na zbieranie gumek o różnych kształtach. Założyłam tego dinozaura na rękę i przekazywaliśmy sobie potem tę gumkę z Tatą na zmianę, przy moich i jego operacjach, tak na szczęście.

Dyplom magisterski kończyłam w szpitalu. Rozkładałam laptopa na małym stoliku w pokoju Taty i rysowałam rzuty, przekroje, modelowałam 3D, i dowiadywałam się, jak to tak naprawdę powinno działać, żeby dało się zbudować. Na obronie byłam sama, o kulach, tuż po artroskopii kolana. Mama się spóźniła, bo jechała ze szpitala i utknęła w korkach. Po obronie pojechałyśmy z powrotem do Taty i w szpitalnej kawiarence jedliśmy lody, by uczcić koniec moich studiów. Tato nigdy nie powiedział mi, że jest ze mnie dumny, a ja wiem, że całe życie podświadomie robiłam wszystko, by to usłyszeć. Kiedy przyniosłam dyplom, Tato leżał w domu, już nie mógł chodzić i miał trudności z wymową. Trzymał go w tej ręce, którą mógł jeszcze władać i się rozpłakał. Tato był budowlańcem, a ja już oficjalnie mgr. inż. arch. Był dumny. Jedną z moich wizytówek z pracy trzymał na parapecie, przy którym kiedyś stał jego fotel, a teraz specjalne łóżko, i pokazywał ją każdemu kto odwiedzał nas w domu.

Dzień przed swoimi 50-tymi urodzinami, Tato, który nigdy nie dzielił się swoimi myślami (do głosu dochodziły zawsze jedynie decyzje) powiedział patrząc w szpitalne okno: “No to teraz wszystko się skończyło”. Nie, odpowiedziałam zdecydowanym głosem, wcale, że nie. Opiekowałeś się nami przez 25 lat, teraz jest zmiana. Przynajmniej przez kolejne 25 lat my się będziemy Tobą opiekować. Wg mnie to uczciwy podział, dodałam z uśmiechem.
Potem wyszłam z pokoju, osunęłam się na podłogę na korytarzu i przesiedziałam tak 2 godziny płacząc rękaw. Pielęgniarki na Borowskiej, uprzejmie udawały, że mnie nie widzą, za co jestem im wdzięczna do dziś.

Tato zmarł po 9 miesiącach choroby, która powoli odbierała mu człowieczeństwo: władzę w lewej ręce, potem stopniowo w całym ciele, możliwość samodzielnego jedzenia, mowy, aż w końcu oddychania. Było to najtrudniejsze 9 miesięcy naszego życia. Było i nadal pozostaje najpiękniejszymi 9 miesiącami mojego życia. Chciałabym tylko znaleźć sposób, by któregoś dnia umieć opowiedzieć moim dzieciom, że miałyby najlepszego dziadka pod słońcem, gdyby tylko gumowe dinozaury mogły przynosić szczęście.

Tej zimy też byliśmy w górach. W trakcie jednej z wypraw przypomniałam sobie, jak miałam 14 lat i podczas któregoś z wyjazdów wakacyjnych, dotarliśmy z o. Bielem na szczyt jako pierwsi. Czekając na resztę grupy, siedzieliśmy opierając się plecami o siebie i patrzyliśmy na rozpościerający się poniżej krajobraz. Powiedział wtedy, ni to do mnie, ni to do siebie: “Tu, na szczycie, wieje wiatr i wiesz, że to wszytko ma sens, bo to Duch Boży lata ponad górami i układa wszystkie sprawy na tym świecie”.
Tej zimy okazało się, że noszę w sobie jeszcze jedną tęsknotę, nieukojoną, taką, co ściska za gardło i nie da się jej ani przełknąć, ani “przetłumaczyć” samemu sobie. To tęsknota za górami, bo tam najbardziej czuć ducha Taty.

04.03.2017.

161224-04523
Karpacz 2016
161230-04644
Śnieżnik 2016
161230-04651
Śnieżnik 2016
161230-04672
Śnieżnik 2016
161230-04678
Śnieżnik 2016
161230-04699
Śnieżnik 2016
161230-04705
Śnieżnik 2016
161230-04711
Śnieżnik 2016
161231-04735
Szczeliniec 2016
161231-04736
Szczeliniec 2016
161231-04770
Szczeliniec 2016

Pamiętacie Peggy?

Ilekroć spotykaliśmy Peggy (pamiętacie naszą 84-letnia sąsiadkę?) na schodach lub w windzie, byliśmy zapraszani na herbatę. Przy naszym napiętym grafiku, niestety przez dość długi czas nie udało nam się zgrać momentu, kiedy i my, i Peggy byliśmy w domu. W końcu, tuż przed świętami usłyszeliśmy pukanie do drzwi. Za pół godziny mieliśmy co prawda wyjeżdżać na rodzinny obiad (mówię Wam, obowiązki i tradycje we Włoskiej rodzinie… dość ciekawy temat na osobną historię), ale to akurat wystarczająco dużo czasu, by wypić z naszą sąsiadką herbatę.
Zacznijmy od tego, że Peggy naprawdę ma na imię Margaret, ale mówiąc to skrzywiła się znacząco [P: “sami przyznacie, że to okropne imię?”]. Jest Żydówką pochodzenia południowoafrykańskiego, a także doktorem habilitowanym logopedii i korekcji mowy. [P: “o tam, na tej najwyższej półce stoją tomy (*6 opasłych tomów – przyp. Felo) z moim doktoratem i się kurzą, bo nikt już ich nie czyta” – sprawdziliśmy, Peggy niemal przez całe zawodowe życie wykładała na uniwersytecie, studenci nadal czytają te “tomy”]. Poślubiła 13 lat od siebie starszego Żyda, który zbiegł z faszystowskich Niemiec do RPA, została jego drugą żoną. Mieszkali przez pewien czas w Chicago, aż w końcu przybyli do Sydney. Choć mąż, którego zdjęcie wisi na ścianie, wśród czarnobiałych i kolorowych fotografii ciemnowłosych chłopców i dziewczynek w różnym wieku, nie żyje od kilku lat, Peggy opowiadała o niem, jakby dopiero co wyszedł do sklepu i miał lada moment wrócić.

W jej uroczym, eklektycznie, ale pięknie urządzonym mieszkaniu, znajduje się wiele obrazów i rzeźb, tematyką związanych głównie z Holocaustem, na regałach dopatrzyłam się klasycznych pozycji literatury światowej, a na półkach i stolikach, w mniej formalnych stosach tytuły tj. “myśli z Tory”, “Zen na każdy dzień”, czy “Antologia poezji angielskiej”. W kuchni, tradycyjnie, dwa zlewy i dwie zmywarki – osobno dla mięsa i mleka. W pokoju urządzonym na biuro – dwa nowe komputery, a nasze numery telefonów zostały zapisane na iPhonie 6 plus.

Popijaliśmy herbatę i przegryzaliśmy koszerne biszkopty. W rozmowie Peggy nie raz zaskoczyła nas wiedzą historyczną, kulturową i oczytaniem, rzucają mnóstwo wcale zabawnych komentarzy [po tym, jak S. powiedział, że jego rodzina pochodzi z Kalabrii, P: “mam nadzieję, że nie od tych z Ndranheta?”].

Zostawiliśmy Peggy zapasowy klucz do naszego mieszkania i zaprosiliśmy któregoś dnia na kolację [P: “a kto u was gotuje? Bo ja to nie znoszę gotować, coż za strata czasu!” (* bratnia dusza! – przyp. Felo)], które z radością przyjęła. Tego dnia przed snem, S. popatrzył na mnie z powagą i zapytał: Jak ja, u licha, mam ugotować Peggy koszerną kolację?!

Z ciekawostek geograficzno – kulturowych: mieszkamy w Vaucluse, dzielnicy zamieszkanej głownie przez Żydów, głównie południowoafrykańskich, stąd jest to jedno z najdroższych miejsc w Sydney, w supermarketach połowa towaru leży na półkach oznaczonych jako koszerne, na witrynach sztucznym śniegiem napisano “Happy Hanukkah” tuż obok “Merry Christmas”, a ja już od jakiegoś czasu próbuję zapamiętać, żeby kupić koszerne ciasta albo krakersy, w razie niespodziewanych gości.

Po powrocie z Polski, mijając się z Peggy przy windzie, umówiliśmy się na wspólne śniadanie. Wstępnie na niedzielę, 19-tego lutego, czyli jutro. Nie byliśmy pewni, czy powinniśmy się przypomnieć, zadzwonić, zapukać, czy napisać smsa (ciekawe, czy Peggy odczytuje wiadomości, wiele starszych osób wcale niekoniecznie…), ale w piątek nasze wątpliwości zostały rozwiane:

FullSizeRender.jpg

Peggy odpisuje na iMessage i używa emotek. A także chce się karnąć Brerą 🙂

Czytelnia (3). Joanna Bator | Jakub Żulczyk | Czesław Mozil

 

“Piaskowa Góra” Joanna Bator

W zdaniach naszpikowanych słowami, skojarzeniami, zapachami, nasiąkniętymi groteską i sarkazmem tak dosadnym, że aż prawdziwym, Piaskowa Góra jest tak swojska, tak znajoma, tak prawdziwa, że nie wiadomo, czy śmiać się czy płakać. Czy może od razu wstydzić. Osiada głęboko i zapada w umysł i ducha. Wyborna lektura.


“Zrób mi jakąś krzywdę, czyli wszystkie gry video są o miłości” Jakub Żulczyk

Czytasz, jakbyś biegł. Nie ma czasu na oddychanie. Zdania wystrzeliwane są z kartek prosto w Twoją głowę, by tam eksplodować wyobrażeniami. Jak naboje z karabinu maszynowego. Czujesz się, jakbyś patrzył na chłopaka, co podciąga się na drążku, zamocowanym o framugę drzwi (tę pomalowaną farbą olejną). Zgięte w kolanach nogi, naprężone ramiona, żyły uwypuklają się na szyi, a podbródek ciągnie coraz wyżej, gdy ręce nie są już w stanie wywindować go na wystarczającą wysokość.
Dokąd biegniemy? Do kogo strzelamy? Po co tak się podciągasz i twarz wykrzywia Ci się z wysiłku? Albo chociaż ile Ci jeszcze tych podciągnięć zostało chłopaku?



“Nie tak łatwo być Czesławiem” Czesław Mozil & Jarosław Szubrycht

Dobrze było przeczytać, bez kwiatków i konfetti, że wszyscy jesteśmy ludźmi, cieszymy się, złościmy, potrafimy robić fajne rzeczy i się tym dzielić z innymi, wiele spraw w życiu spieprzyliśmy, ale dzięki temu jesteśmy w tym miejscu, w którym mamy być. Naiwne i miałkie słowa, nieco Paulo Coleho? Tak, ale w tym wszystkim Czesław opowiedział nam o sobie, o tym jak jest i jak bardzo on jest człowiekiem. Nie powiem, że teraz to już go znamy, bo przeczytaliśmy o nim książkę. Nie znamy, bo tylko przeczytaliśmy książkę. Ale nie trzeba tu na siłę szukać dodatkowych określeń, że zwykły chłopak, Polak, Duńczyk, muzyk, artysta, celebryta, pijak, kobieciarz, emigrant, patriota, czy jak tam go jeszcze w Polsce nazywają. Jak wszyscy, gdzieś się urodził, gdzieś mieszka i robi swoje. I on też, jak wielu z nas, czasem robi coś dla innych, i to jest fajne.

 

Znajdź mnie na Goodreads.

 

Codziennik Australijski (11). O dogadywaniu się w związku partnerkim, miłości i przeprowadzce | Relationships, love and moving in.

Scroll down for English version.


(1) Aż trzy z moim najpiękniejszych dziewcząt się ostatnio zaręczyły i jestem bardzo dumną i szczęśliwą ciocią Felkiem! Skłoniło mnie to do różnych przemyśleń o życiu i śmierci i w piątek wieczór (po 80-cio godzinnym tygodniu pracy) traktuję S. długim wywodem na temat miłości, związków, małżeństwa, emocjonalnego komponentu naszego życia i o tym, jak to sobie rozważam te sprawy w mojej głowie. Po czym pytam:
E: To w jakim rodzaju związku my jesteśmy?
S: monogamicznym i heteroseksualnym
E: (powolne uniesienie brwi)
S: monogamicznym, heteroseksualnym i poważnym. Mogę już iść wziąć prysznic?
Kurtyna.


(2) Przeczytałam gdzieś (pewnie Paulo Coelho), że miłość to wtedy, kiedy wchodzisz do łazienki w skarpetkach i wstępujesz prosto w wodę, którą Twój partner nachlapał (i nie wytarł) biorąc prysznic i się nie wkurzasz.
Wchodzę do łazienki i widzę trochę wody na podłodze.
E: Przeczytałam gdzieś ostatnio… (i przytaczam powyższą zależność).
S: A skąd wiesz, że to moja woda? Ty też brałaś prysznic.
E: (wzdycha) No coż, widocznie nie jesteśmy jeszcze na TYM etapie związku, skoro Twoja pierwsza reakcja to targowanie się, czyja to była woda…
S: Zaraz zaraz. Jeśli chodzi o wodę, to nie biorę odpowiedzialności, za żadną kroplę o ile nie ma na niej mojego imienia. Jeśli zaś chodzi o MIŁOŚĆ, przeturlałbym się po tej mokrej podłodze w pełnym ubraniu.


(3) W końcu na swoim! Klucze do mieszkania dostaliśmy na miesiąc przed zaplanowaną datą przeprowadzki i postanowiliśmy wykorzystać ten czas min. na zdemolowanie brzydkiej meblościanki w pokoju dziennym. Meblościankom mówimy stanowcze NIE, zwłaszcza tym, które w centrum mają specjalne miejsce na telewizor. Na początku próbowaliśmy z S. poradzić sobie sami i udało nam się rozebrać znaczną część paskudztwa, jednak reszta okazała się za ciężka jak na naszą dwójkę. Zawołaliśmy więc na pomoc Zosię i Pitera, i w następny weekend wyruszyliśmy na ostateczną potyczkę z meblem.
Dotarliśmy do Vaucluse, wsiadamy do windy, a na pierwszym piętrze dosiada się do nas starsza pani, niziutka, przygarbiona, i wydawało by się, bardzo krucha. Rozgląda się dookoła i nie sposób było nie zauważyć ciepłych, acz wnikliwie spogladających oczu.
Lady: Na czwarte? To świetnie, ja też. Wprowadzacie się tutaj?
Przygląda się z uwagą całej naszej czwórce.
S: Tak, wprowadzamy.
Lady: My, znaczy kto?
Z uwagą przygląda się każdemu po kolei.
S: ekhm, MY (S. wskazuje na siebie i na mnie).
No cóż, ma przed sobą dwóch chłopców, dwie dziewczynki, a w dzisiejszych czasach to przecież nic nie wiadomo.
Starsza pani wyraźnie straciła zainteresowanie Piterem i Zosią.
Lady: Ach tak. A czy jesteście… JAKBY małżeństwem?
S: (nieco zbity z tropu): No… nie. To znaczy jeszcze nie.
Lady: Ale myślicie o tym?
S: (dzielnie) Tak, to znaczy, w przyszłości…
W końcu winda zatrzymała się na 4 piętrze, wysiadamy.
Lady: No dobrze, jestem Peggy. Mieszkam tu obok. Jeśli czegoś będziecie potrzebować, to śmiało, zapraszam. Chętnie opowiem o okolicy. Może wam zaparzyć kawy albo herbaty?
S: Bardzo miło z Pani strony, ale dziękujemy, nie trzeba.
Peggy: (przyglądając się S. z uśmiechem) Ale mogę wpaść do was jeśli będę potrzebowała otworzyć jakiś słoik?


(4) Przeprowadziliśmy się i teraz nasze życie obraca się wokół kartonów i worków. Pierwszego dnia, wnosząc pozostałości przeprowadzki z auta do mieszkania, S. znów spotkał Peggy.
P: Jesteście już po ślubie?
S: No… jeszcze nie.
P: Ale myślicie o tym?
S: Tak, to znaczy, w przyszłości…
P: Pytanie tylko, czy Ela o tym myśli?
S: … mam nadzieję?
P: Dobrze. Mogę sypać kwiatki na waszym ślubie, tylko musicie się pospieszyć. Jestem już stara, mam 84 lata, mogę niedługo umrzeć. Dobrego dnia! Wpadnijcie na herbatę!

Jeśli kiedykolwiek wyjdę za mąż, to wiecie kto na tym ślubie będzie sypał kwiatki w najpiękniejszej musztardowej sukience z kokardą.


(5) Rozpakowujemy się. Szafę mamy wiekszą, ale jakoś tak nie umiemy się w niej ulokować (rzeczy rowerowe dostały swój własny pokój i to miało nam ułatwić życie).
s: Jak bardzo jesteś przywiązana do koncepcji, że twoje rzeczy są po jednej stronie a moje po drugiej?
e: Ale, że co proponujesz?
s: No bo możemy te szuflady dać tu, a te wieszaki tam… tyle, że nasze garderoby będą wymieszane, bez jasnego podziału.
e: (myśli)
s: Tak tylko zaproponowałem, ja wiem, że wy Polacy jesteście wrażliwi na punkcie naruszania waszych granic…
e: (unosi brwi bardzo, bardzo powoli)


Co do miejsca, w którym zamieszkaliśmy, to należałoby wspomnieć [tu moment dla architektów], że jest to mieszkaniówka galeriowa, 100% mieszkań przewietrzanych, autorstwa Harry’ego Seidlera, konstrukcja betonowa, powoli zjadana przez sól, ale jak wiadomo, w warunkach przybrzeżnych — sól zjada wszystko [koniec momentu dla architektów]. Skoro już wspomniałam o lokalizacji, budynek stoi na klifie, za oknem widać tylko bezmiar oceanu, pod balkonem przebiegają trasy migracyjne wielorybów, a wieczorami dobiega nas nikłe, pulsujące światło latarni morskiej za północym wzgórzem.

Mam więc zamiar zalać Snapa, historie na Instagramie, a może i nawet Fejsa zdjęciami z balkonu, aż mnie wszyscy znienawidzą. Ale zanim tak się stanie, za parę tygodni pokój dla gości będzie pomalowany i wysprzątany, więc zapraszamy!


Z reguły nie tłumaczę dialogów i przytaczam je po angielsku, by uniknąć pre — interpretacji. Jest to też prostszy i szczerszy sposób przedstawienia sytuacji, jako, że mieszkając w Australii, wydarzenia dzieją się “po angielsku”. Tak też było w roboczej wersji tekstu, ale okazał się on przydługi i pomieszanie języków brzmiało kompletnie bez sensu. 

(1) 3 of my dearest girlfriends just got engaged, Which made me thinking about life and stuff and on Friday night I’m telling S. about things running through my head. Finally asking:
E: So, what kind of relationship we are in?
S: Monogamist and heterosexual.
E: (raising eyebrows)
S: Monogamist, heterosexual and serious. Can I go for shower now?

(2) E: I’ve read somewhere that love is when go to the bathroom in fresh socks and step straight into the water on the floor left by your partner, who just had shower and you don’t get angry.
S: How do you know it’s my water? You had shower too.
E: (sigh) That shows, we are not on THAT level of relationship yet, as the first thing you do, is arguing whose water that might be…
S: Hold on. If it comes to that water, I’m taking no responsibility for a single drop unless it has my name on it. But if we are talking LOVE, I would roll around that wet bathroom floor fully clothed.

(3) Going to the new apartment to dismantle ugly cabinet. Two heavy for two of us, so we asked Piter and Zosia for some help.
Lady: Going on 4th? Excellent, me too. Are you moving in?
Looking at each one of us.
S: Yes, we are.
Lady: We, that means who?
S: ekhm, WE (points me and himself).
Well, two boys, two girls, nowadays, you never know…
She obviously lost interest in Piter and Zosia now.
Lady: I see. Are you… SORT OF married?
S: (slightly confused): Well, no. I meant, not yet.
Lady: Are you thinking about it?
S: (being brave) Yes, I mean, in the future…
Finally, we reached 4th floor.
Lady: Anyway, I’m Peggy, I live just here (pointing the door next to us). If you need anything, feel free to come pass. I can tell you about the neighbourhood and the area. Would you like coffee or tea?
S: Very nice of you, thank you.
Peggy: (with a big smile) may I come if I need some jars to be open?

(4) S. meets Peggy again.
P: Are you married yet?
S: Well.. not yet.
P: But are you thinking about it?
S: Yes, I mean, in the future.
P: The question is: is Ela thinking about it?
S: … I hope so?
P: Good. I can be a flower girl at your wedding, but you need to hurry up. I’m old, I’m 84 years old, I may die soon. Have a nice day! Come for a cup of tea some time!

(5) We have moved in. Now, trying to organise wardrobes (cycling stuff got their own room and that supposed to make our life easier).
s: How much are you bound with the concept of your things on one side, and mine on the other?
e: What do you mean?
s: Well, we could move this shelves here, and those hanger there and it would fit better, just it means that our clothes will be mixed with no clear boundaries.
e: (thinking)
s: Just a proposition, I know you Polish are sensitive about invading your borders.
e: (raining eyebrows very very slowly)

Czytelnia (2) | Reading room. ‘Fried Green Tomatoes at The Whistle Stop Cafe’ by Fannie Flagg

THIS BOOK IS NOT ABOUT FU*KING LESBIAN RELATIONSHIP.

This book is about life, about people and families, about creating community (that thing when people leaving in the neighborhood know and accept each other, even though everyone is different; that long forgotten thing in our highly fenced, screened for privacy and armed in CCTV cameras housing estates).
Most of all, this book is about THE PERSPECTIVE.
This books reminds you that people are different and they choose different paths in life and that’s ok. It makes you believe that people are good and we only have our life time to be good. This book makes you want to be a good person.


PS. Yes, Idgie and Ruth live together and they have a son. Yes, nowhere in the book the relationship is named. Yes, there is a perfect reason for that: IT DOESN’T FU*KING MATTER, because when two people love each other and care for each other, they create A FAMILY.
People in Whistle Stop understood that much better than most of us today.

Find me on Goodreads.

Czytelnia (1) ‘Wybrańcy bogów’ Rafał A. Ziemkiewicz


Książka ta kisiła się od jakiego czasu na Kindlu, a ja zastanawiałam się czy to ten Ziemkiewicz, czy nie ten? (Tak, to ten). I tu zaszedł bardzo ciekawy proces, gdzie miałam autentyczne opory do rozpoczęcia czytania ze względu na mój wstręt do osoby autora, coś w stylu: nie zgadzam się z działaniami firmy ‘A”, wiec nie kupuję ich produktów. Wiedząc, że to reakcja nieco irracjonalna, bo samym przeczytaniem wspierałabym bardziej literaturę samą w sobie niż autora, z zaskoczeniem uświadomiłam sobie, że zupełnie instynktowna i niespodziewana. Poza tym, może pan Ziemkiewicz nie był jeszcze takim skończonym dupkiem, kiedy zajmował się pisaniem fantastyki? Jednakże, mimo przebłysków logicznego myślenia, w trakcie lektury nie umiałam obiektywnie ocenić, czy książka jest dobra, czy nie, bo wszystko wypaczone było przez mój stosunek do osoby autora.
Spróbujmy jednak: fabuła jest nieco cliche, ale może w 1991 r, kiedy została napisana, koncept dyktatury politycznej, społecznego marazmu i walki o wolność nie był jeszcze tak wyświechtany. Warsztat pisarski jest na wysokim poziomie, przyznaję, choć usilnie szuka się choćby skrawka “dobra”, choćby jednej postaci, która mogłaby być pozytywnym bohaterem, jakby chciało się chwycić czegokolwiek, co ocaliłoby nadzieję. Może w tym tkwi geniusz autora, by doprowadzić czytelnika do punktu, gdzie bezsilność jest jedynym, co pozostaje?
Niemniej jednak, kiedy czyta się fragment, gdzie jedna z postaci, w przydługim monologu, woła o Boga całą swoja duszą, a Ty masz przed oczami te wstrętne, rasistowskie, nacjonalistyczne i homofobiczne wypowiedzi autora na Twitterze, jakoś tego nie kupujesz. No po prostu nie.

PS. Okazuje się, że Ziemkiewicza kolega po fachu, pan Piekara, to też taki żartowniś Twitterowy, co to ani imigranta, ani kobiety nie oszczędzi [w 140 znakach].


Notuję sobie często kilka myśli po przeczytaniu książki i tak mi się uzbierało już całkiem sporo tekstów. Jako, że ten zahacza o osoby próbujące błyszczeć nieśmiesznym żartem wypowiadając się na bieżące [gorące] tematy, postanowiłam się swoimi myślami podzielić.

Tak więc, nieco na opak, powstała Czytelnia.

Znajdź mnie na Goodreads.

#czarnyprotest

Dzień dobry, jestem Polką, jestem kobietą, jestem katolikiem, nie mieszkam w Polsce.

Type emocji wzbudza we mnie ta cała sprawa z ustawą antyaborcyjną, tak się wszystko we mnie burzy, gotuje i wrzy.
Szukałam słów, by wyrazić to wszystko, co tam w środku krzyczy, słów takich, co zmienią bieg wydarzeń, wstrząsną umysłami i sercami, co pojednają tych, którzy politycznymi przekupstwami zostali podzieleni, co skupią naszą uwagę na zrozumieniu i szacunku, nie osądzaniu.
Przeczytałam takich słów tysiące w ciągu ostatnich kilku dni, słów o cierpieniu kobiet, których dzieci rodzą się martwe lub umierają na ich oczach zaraz po urodzeniu, o dramatach rodzin, gdzie życie matki jest zagrożone, o tragediach gwałtu, o strachu, o aborcji, która nie zniknie, ale zejdzie do podziemi.
Słów tak dosadnych, tnących jak noże, wwiercających się w mózg, świdrujących emocje i nawet one obijają się bezsilnie od ekranu do ekranu, od zdjęcia do zdjęcia i w końcu obiły się od murów parlamentu.
Nie znajduję słów, a co jak co, ciąć słowami to ja zawsze potrafiłam (nie, nie ma się czym chwalić).

Myślę, że chciałabym spojrzeć w oczy każdemu księdzu/chrześcijaninowi, który był w stanie stanąć twarzą w twarz ze zgwałconą kobietą/dziewczynką i powiedzieć jej:
“MUSISZ urodzić to dziecko. Przez najbliższe 9 miesięcy lub całe życie, każdego dnia, w każdej minucie musisz pamiętać o bólu i upodleniu. Musisz czuć je w swoim ciele. Nie, nie wiem, czy NFZ refunduje dożywotnią opiekę psychologa, jeśli nie urodziłaś się z wystarczającą ilością heroizmu we krwi. Spokojnie, na pewno w aptekach niedługo dostępne będą ampułki z eliksirem bohaterstwa (podawać dożylnie) dostępne bez recepty (nie obciążają sumienia)”.

Chciałabym im spojrzeć w oczy i tam odnaleźć odpowiedź, czy tak właśnie potraktowałby tę kobietę Bóg, gdyby to On przed nią stanął i czy trzymałby w ręku kodeks karny.
Jeśli tak, i to jest ten Bóg, w którego wierzę (wierzymy?), to ten świat zaiste jest smutny jak pizda.

Codziennik Australijski (10). O dizajnie w naszym domu

Po przeczytaniu tekstu o Bauhausie Jakuba Bażeli, podążając ciągiem luźnych skojarzeń, pomyślałam sobie, co ja tak naprawdę, jako architekt, mam wspólnego z dizajnem użytkowym? Rozejrzałam się po naszym mieszkaniu i tak:

Posiadamy korkociąg firmy Alessi, typ Anna G. (projektant: Alessandro Mendini, po raz pierwszy wyprodukowany w 1994), uwielbiamy go, choć z niego nie korzystamy, gdyż 99,9% win w Australii ma zakrętki. Ponadto S. do naszego gospodarstwa domowego wniósł kawiarkę firmy Alessi, z której także nie korzystamy, gdyż… nie dorobiliśmy się jeszcze młynka do kawy, a S. kategorycznie odmawia kupna kawy zmielonej. W szafce więc stoi paczka wyrafinowanych ziaren Industry Beans oraz La Conica zaprojektowana przez Aldo Rossi w latach 1980–83. Kawę pijamy w kawiarniach, bo te stoją w Sydney na każdym rogu, a i wzdłuż prostej ulicy, co druga witryna to coffee shop.

Na nasze umeblowanie składają się stół i 4 krzesła, repliki projektu Charlesa & Ray Eames, kupione przez Internet, dostarczone w ciągu zaledwie miliona miesięcy, w czasie których obiady jedliśmy na kartonie od trenażera rowerowego.

Mama S. (wzruszona chyba tym faktem) zaproponowała, że możemy sobie z ich rodzinnego pokoju bawialnego wziąć fotele i sofę Le Corbusiera (ORYGINALNE), zaprojektowane w 1928 (rok produkcji: 1965) i byliśmy tym bardzo podekscytowani, aż do momentu, w którym przypomnieliśmy sobie, że telewizora nie posiadamy i posiadać nie zamierzamy, więc kompleks wypoczynkowy nam nie potrzebny i w sumie to wolimy siedzieć na bean bagach z K-martu za 20 dolarów. Jakoś tak bardziej pasują do naszego stylu życia, a poza tym stolik E1027 (zaprojektowany przez Eileen Gray, urodzoną w 1878 r. irlandzką pionierkę modernizmu) do Lecorbusierowskich siedzisk, choć jest ikoną stylu, to jednak brzydką jak noc.

1. Anna G. 2. La Conica 3. Charles Eames table and chairs 6 LC2 7. E1027

Bardzo bym np. chciała mieć fotel. Najbadziej to Talking Chair (zaprojektowany przez Granta and Mary Featherston dla Pawilonu Austarlii na Expo ’67 w Montrealu), albo chociaż jeden z tych zreaktywowanych przez Pracownię Foteli i postawić go w rogu mej sypialni, przy regałach po sam sufit wypełnionych książkami i oknie wychodzącym na tajemniczy ogród. Niestety na ten pierwszy mnie nie stać, Ci drudzy raczej nie wyślą mi fotela do Sydney, książki moje mieszkają na półkach z Ikei i na podłodze, a “ogród” jest pełen pająków. Muszę więc, póki co, okiełznać moja romantyczna duszę.

Talking Chair

Sprawa, przy której nie godzę się na żadne kompromisy, to oświetlenie. Marzeniem mojego życia jest Horse Lamp (projektantki: Sofia Lagerkvist, Charlotte von der Lancken i Anna Lindgren ze Szwecji, tworzące zespół projektowy Front), którą uważam za absolutny Everest dizajnu i myśli kreatywnej, i która zajęła by sobą cały pokój dzienny. Wspominam o niej za każdym razem, gdy tylko w zdaniu przewiną się słowa typu “mieszkanie”, “lampa”, “oświetlenie”, “koń”, niezależnie w jakim kontekście, S. jest więc przekonany, że jestem nienormalna i w ramach odwetu proponuje lampę Arco (projektant: Achille & Pier Giacomo Castiglioni, 1962). Coż, chcemy mieć dużą lampę, przy tym jesteśmy zgodni. Ja tam jestem ugodowym człowiekiem i może nawet nie miała bym nic przeciwko zakupowi tej jego wybranki, gdybym tylko posiadała zbędne $3500 w kieszeni.
Moja świnka skarbonka jednak zbiera na razie na lampkę na biurko Tolomeo (projektant: Michele De Lucchi and Giancarlo Fassina dla Artemide, 1986), ale coś marnie jej to idzie. Póki co więc, naszym jedynym źródłem światła nie w suficie jest lampa Lersta z Ikei, (oryginalnie $24, kupiona za $10 na Gumtree — Felek rekinem biznesu). S., z jemu tylko znanych powodów, pała do niej bezgraniczną nienawiścią.

1. Horse Lamp 2. Arco 3. Tolomeo

W mieszkaniu znajdują się także dwa bambusowe blaty służące za biurka, gramofon, globus, paprotka, wszędobylskie książki i 5 rowerów.
I to by było na tyle.