Pamiętacie Peggy?

Ilekroć spotykaliśmy Peggy (pamiętacie naszą 84-letnia sąsiadkę?) na schodach lub w windzie, byliśmy zapraszani na herbatę. Przy naszym napiętym grafiku, niestety przez dość długi czas nie udało nam się zgrać momentu, kiedy i my, i Peggy byliśmy w domu. W końcu, tuż przed świętami usłyszeliśmy pukanie do drzwi. Za pół godziny mieliśmy co prawda wyjeżdżać na rodzinny obiad (mówię Wam, obowiązki i tradycje we Włoskiej rodzinie… dość ciekawy temat na osobną historię), ale to akurat wystarczająco dużo czasu, by wypić z naszą sąsiadką herbatę.
Zacznijmy od tego, że Peggy naprawdę ma na imię Margaret, ale mówiąc to skrzywiła się znacząco [P: “sami przyznacie, że to okropne imię?”]. Jest Żydówką pochodzenia południowoafrykańskiego, a także doktorem habilitowanym logopedii i korekcji mowy. [P: “o tam, na tej najwyższej półce stoją tomy (*6 opasłych tomów – przyp. Felo) z moim doktoratem i się kurzą, bo nikt już ich nie czyta” – sprawdziliśmy, Peggy niemal przez całe zawodowe życie wykładała na uniwersytecie, studenci nadal czytają te “tomy”]. Poślubiła 13 lat od siebie starszego Żyda, który zbiegł z faszystowskich Niemiec do RPA, została jego drugą żoną. Mieszkali przez pewien czas w Chicago, aż w końcu przybyli do Sydney. Choć mąż, którego zdjęcie wisi na ścianie, wśród czarnobiałych i kolorowych fotografii ciemnowłosych chłopców i dziewczynek w różnym wieku, nie żyje od kilku lat, Peggy opowiadała o niem, jakby dopiero co wyszedł do sklepu i miał lada moment wrócić.

W jej uroczym, eklektycznie, ale pięknie urządzonym mieszkaniu, znajduje się wiele obrazów i rzeźb, tematyką związanych głównie z Holocaustem, na regałach dopatrzyłam się klasycznych pozycji literatury światowej, a na półkach i stolikach, w mniej formalnych stosach tytuły tj. “myśli z Tory”, “Zen na każdy dzień”, czy “Antologia poezji angielskiej”. W kuchni, tradycyjnie, dwa zlewy i dwie zmywarki – osobno dla mięsa i mleka. W pokoju urządzonym na biuro – dwa nowe komputery, a nasze numery telefonów zostały zapisane na iPhonie 6 plus.

Popijaliśmy herbatę i przegryzaliśmy koszerne biszkopty. W rozmowie Peggy nie raz zaskoczyła nas wiedzą historyczną, kulturową i oczytaniem, rzucają mnóstwo wcale zabawnych komentarzy [po tym, jak S. powiedział, że jego rodzina pochodzi z Kalabrii, P: “mam nadzieję, że nie od tych z Ndranheta?”].

Zostawiliśmy Peggy zapasowy klucz do naszego mieszkania i zaprosiliśmy któregoś dnia na kolację [P: “a kto u was gotuje? Bo ja to nie znoszę gotować, coż za strata czasu!” (* bratnia dusza! – przyp. Felo)], które z radością przyjęła. Tego dnia przed snem, S. popatrzył na mnie z powagą i zapytał: Jak ja, u licha, mam ugotować Peggy koszerną kolację?!

Z ciekawostek geograficzno – kulturowych: mieszkamy w Vaucluse, dzielnicy zamieszkanej głownie przez Żydów, głównie południowoafrykańskich, stąd jest to jedno z najdroższych miejsc w Sydney, w supermarketach połowa towaru leży na półkach oznaczonych jako koszerne, na witrynach sztucznym śniegiem napisano “Happy Hanukkah” tuż obok “Merry Christmas”, a ja już od jakiegoś czasu próbuję zapamiętać, żeby kupić koszerne ciasta albo krakersy, w razie niespodziewanych gości.

Po powrocie z Polski, mijając się z Peggy przy windzie, umówiliśmy się na wspólne śniadanie. Wstępnie na niedzielę, 19-tego lutego, czyli jutro. Nie byliśmy pewni, czy powinniśmy się przypomnieć, zadzwonić, zapukać, czy napisać smsa (ciekawe, czy Peggy odczytuje wiadomości, wiele starszych osób wcale niekoniecznie…), ale w piątek nasze wątpliwości zostały rozwiane:

FullSizeRender.jpg

Peggy odpisuje na iMessage i używa emotek. A także chce się karnąć Brerą 🙂

Czytelnia (3). Joanna Bator | Jakub Żulczyk | Czesław Mozil

 

“Piaskowa Góra” Joanna Bator

W zdaniach naszpikowanych słowami, skojarzeniami, zapachami, nasiąkniętymi groteską i sarkazmem tak dosadnym, że aż prawdziwym, Piaskowa Góra jest tak swojska, tak znajoma, tak prawdziwa, że nie wiadomo, czy śmiać się czy płakać. Czy może od razu wstydzić. Osiada głęboko i zapada w umysł i ducha. Wyborna lektura.


“Zrób mi jakąś krzywdę, czyli wszystkie gry video są o miłości” Jakub Żulczyk

Czytasz, jakbyś biegł. Nie ma czasu na oddychanie. Zdania wystrzeliwane są z kartek prosto w Twoją głowę, by tam eksplodować wyobrażeniami. Jak naboje z karabinu maszynowego. Czujesz się, jakbyś patrzył na chłopaka, co podciąga się na drążku, zamocowanym o framugę drzwi (tę pomalowaną farbą olejną). Zgięte w kolanach nogi, naprężone ramiona, żyły uwypuklają się na szyi, a podbródek ciągnie coraz wyżej, gdy ręce nie są już w stanie wywindować go na wystarczającą wysokość.
Dokąd biegniemy? Do kogo strzelamy? Po co tak się podciągasz i twarz wykrzywia Ci się z wysiłku? Albo chociaż ile Ci jeszcze tych podciągnięć zostało chłopaku?



“Nie tak łatwo być Czesławiem” Czesław Mozil & Jarosław Szubrycht

Dobrze było przeczytać, bez kwiatków i konfetti, że wszyscy jesteśmy ludźmi, cieszymy się, złościmy, potrafimy robić fajne rzeczy i się tym dzielić z innymi, wiele spraw w życiu spieprzyliśmy, ale dzięki temu jesteśmy w tym miejscu, w którym mamy być. Naiwne i miałkie słowa, nieco Paulo Coleho? Tak, ale w tym wszystkim Czesław opowiedział nam o sobie, o tym jak jest i jak bardzo on jest człowiekiem. Nie powiem, że teraz to już go znamy, bo przeczytaliśmy o nim książkę. Nie znamy, bo tylko przeczytaliśmy książkę. Ale nie trzeba tu na siłę szukać dodatkowych określeń, że zwykły chłopak, Polak, Duńczyk, muzyk, artysta, celebryta, pijak, kobieciarz, emigrant, patriota, czy jak tam go jeszcze w Polsce nazywają. Jak wszyscy, gdzieś się urodził, gdzieś mieszka i robi swoje. I on też, jak wielu z nas, czasem robi coś dla innych, i to jest fajne.

 

Znajdź mnie na Goodreads.

 

Codziennik Australijski (11). O dogadywaniu się w związku partnerkim, miłości i przeprowadzce | Relationships, love and moving in.

Scroll down for English version.


(1) Aż trzy z moim najpiękniejszych dziewcząt się ostatnio zaręczyły i jestem bardzo dumną i szczęśliwą ciocią Felkiem! Skłoniło mnie to do różnych przemyśleń o życiu i śmierci i w piątek wieczór (po 80-cio godzinnym tygodniu pracy) traktuję S. długim wywodem na temat miłości, związków, małżeństwa, emocjonalnego komponentu naszego życia i o tym, jak to sobie rozważam te sprawy w mojej głowie. Po czym pytam:
E: To w jakim rodzaju związku my jesteśmy?
S: monogamicznym i heteroseksualnym
E: (powolne uniesienie brwi)
S: monogamicznym, heteroseksualnym i poważnym. Mogę już iść wziąć prysznic?
Kurtyna.


(2) Przeczytałam gdzieś (pewnie Paulo Coelho), że miłość to wtedy, kiedy wchodzisz do łazienki w skarpetkach i wstępujesz prosto w wodę, którą Twój partner nachlapał (i nie wytarł) biorąc prysznic i się nie wkurzasz.
Wchodzę do łazienki i widzę trochę wody na podłodze.
E: Przeczytałam gdzieś ostatnio… (i przytaczam powyższą zależność).
S: A skąd wiesz, że to moja woda? Ty też brałaś prysznic.
E: (wzdycha) No coż, widocznie nie jesteśmy jeszcze na TYM etapie związku, skoro Twoja pierwsza reakcja to targowanie się, czyja to była woda…
S: Zaraz zaraz. Jeśli chodzi o wodę, to nie biorę odpowiedzialności, za żadną kroplę o ile nie ma na niej mojego imienia. Jeśli zaś chodzi o MIŁOŚĆ, przeturlałbym się po tej mokrej podłodze w pełnym ubraniu.


(3) W końcu na swoim! Klucze do mieszkania dostaliśmy na miesiąc przed zaplanowaną datą przeprowadzki i postanowiliśmy wykorzystać ten czas min. na zdemolowanie brzydkiej meblościanki w pokoju dziennym. Meblościankom mówimy stanowcze NIE, zwłaszcza tym, które w centrum mają specjalne miejsce na telewizor. Na początku próbowaliśmy z S. poradzić sobie sami i udało nam się rozebrać znaczną część paskudztwa, jednak reszta okazała się za ciężka jak na naszą dwójkę. Zawołaliśmy więc na pomoc Zosię i Pitera, i w następny weekend wyruszyliśmy na ostateczną potyczkę z meblem.
Dotarliśmy do Vaucluse, wsiadamy do windy, a na pierwszym piętrze dosiada się do nas starsza pani, niziutka, przygarbiona, i wydawało by się, bardzo krucha. Rozgląda się dookoła i nie sposób było nie zauważyć ciepłych, acz wnikliwie spogladających oczu.
Lady: Na czwarte? To świetnie, ja też. Wprowadzacie się tutaj?
Przygląda się z uwagą całej naszej czwórce.
S: Tak, wprowadzamy.
Lady: My, znaczy kto?
Z uwagą przygląda się każdemu po kolei.
S: ekhm, MY (S. wskazuje na siebie i na mnie).
No cóż, ma przed sobą dwóch chłopców, dwie dziewczynki, a w dzisiejszych czasach to przecież nic nie wiadomo.
Starsza pani wyraźnie straciła zainteresowanie Piterem i Zosią.
Lady: Ach tak. A czy jesteście… JAKBY małżeństwem?
S: (nieco zbity z tropu): No… nie. To znaczy jeszcze nie.
Lady: Ale myślicie o tym?
S: (dzielnie) Tak, to znaczy, w przyszłości…
W końcu winda zatrzymała się na 4 piętrze, wysiadamy.
Lady: No dobrze, jestem Peggy. Mieszkam tu obok. Jeśli czegoś będziecie potrzebować, to śmiało, zapraszam. Chętnie opowiem o okolicy. Może wam zaparzyć kawy albo herbaty?
S: Bardzo miło z Pani strony, ale dziękujemy, nie trzeba.
Peggy: (przyglądając się S. z uśmiechem) Ale mogę wpaść do was jeśli będę potrzebowała otworzyć jakiś słoik?


(4) Przeprowadziliśmy się i teraz nasze życie obraca się wokół kartonów i worków. Pierwszego dnia, wnosząc pozostałości przeprowadzki z auta do mieszkania, S. znów spotkał Peggy.
P: Jesteście już po ślubie?
S: No… jeszcze nie.
P: Ale myślicie o tym?
S: Tak, to znaczy, w przyszłości…
P: Pytanie tylko, czy Ela o tym myśli?
S: … mam nadzieję?
P: Dobrze. Mogę sypać kwiatki na waszym ślubie, tylko musicie się pospieszyć. Jestem już stara, mam 84 lata, mogę niedługo umrzeć. Dobrego dnia! Wpadnijcie na herbatę!

Jeśli kiedykolwiek wyjdę za mąż, to wiecie kto na tym ślubie będzie sypał kwiatki w najpiękniejszej musztardowej sukience z kokardą.


(5) Rozpakowujemy się. Szafę mamy wiekszą, ale jakoś tak nie umiemy się w niej ulokować (rzeczy rowerowe dostały swój własny pokój i to miało nam ułatwić życie).
s: Jak bardzo jesteś przywiązana do koncepcji, że twoje rzeczy są po jednej stronie a moje po drugiej?
e: Ale, że co proponujesz?
s: No bo możemy te szuflady dać tu, a te wieszaki tam… tyle, że nasze garderoby będą wymieszane, bez jasnego podziału.
e: (myśli)
s: Tak tylko zaproponowałem, ja wiem, że wy Polacy jesteście wrażliwi na punkcie naruszania waszych granic…
e: (unosi brwi bardzo, bardzo powoli)


Co do miejsca, w którym zamieszkaliśmy, to należałoby wspomnieć [tu moment dla architektów], że jest to mieszkaniówka galeriowa, 100% mieszkań przewietrzanych, autorstwa Harry’ego Seidlera, konstrukcja betonowa, powoli zjadana przez sól, ale jak wiadomo, w warunkach przybrzeżnych — sól zjada wszystko [koniec momentu dla architektów]. Skoro już wspomniałam o lokalizacji, budynek stoi na klifie, za oknem widać tylko bezmiar oceanu, pod balkonem przebiegają trasy migracyjne wielorybów, a wieczorami dobiega nas nikłe, pulsujące światło latarni morskiej za północym wzgórzem.

Mam więc zamiar zalać Snapa, historie na Instagramie, a może i nawet Fejsa zdjęciami z balkonu, aż mnie wszyscy znienawidzą. Ale zanim tak się stanie, za parę tygodni pokój dla gości będzie pomalowany i wysprzątany, więc zapraszamy!


Z reguły nie tłumaczę dialogów i przytaczam je po angielsku, by uniknąć pre — interpretacji. Jest to też prostszy i szczerszy sposób przedstawienia sytuacji, jako, że mieszkając w Australii, wydarzenia dzieją się “po angielsku”. Tak też było w roboczej wersji tekstu, ale okazał się on przydługi i pomieszanie języków brzmiało kompletnie bez sensu. 

(1) 3 of my dearest girlfriends just got engaged, Which made me thinking about life and stuff and on Friday night I’m telling S. about things running through my head. Finally asking:
E: So, what kind of relationship we are in?
S: Monogamist and heterosexual.
E: (raising eyebrows)
S: Monogamist, heterosexual and serious. Can I go for shower now?

(2) E: I’ve read somewhere that love is when go to the bathroom in fresh socks and step straight into the water on the floor left by your partner, who just had shower and you don’t get angry.
S: How do you know it’s my water? You had shower too.
E: (sigh) That shows, we are not on THAT level of relationship yet, as the first thing you do, is arguing whose water that might be…
S: Hold on. If it comes to that water, I’m taking no responsibility for a single drop unless it has my name on it. But if we are talking LOVE, I would roll around that wet bathroom floor fully clothed.

(3) Going to the new apartment to dismantle ugly cabinet. Two heavy for two of us, so we asked Piter and Zosia for some help.
Lady: Going on 4th? Excellent, me too. Are you moving in?
Looking at each one of us.
S: Yes, we are.
Lady: We, that means who?
S: ekhm, WE (points me and himself).
Well, two boys, two girls, nowadays, you never know…
She obviously lost interest in Piter and Zosia now.
Lady: I see. Are you… SORT OF married?
S: (slightly confused): Well, no. I meant, not yet.
Lady: Are you thinking about it?
S: (being brave) Yes, I mean, in the future…
Finally, we reached 4th floor.
Lady: Anyway, I’m Peggy, I live just here (pointing the door next to us). If you need anything, feel free to come pass. I can tell you about the neighbourhood and the area. Would you like coffee or tea?
S: Very nice of you, thank you.
Peggy: (with a big smile) may I come if I need some jars to be open?

(4) S. meets Peggy again.
P: Are you married yet?
S: Well.. not yet.
P: But are you thinking about it?
S: Yes, I mean, in the future.
P: The question is: is Ela thinking about it?
S: … I hope so?
P: Good. I can be a flower girl at your wedding, but you need to hurry up. I’m old, I’m 84 years old, I may die soon. Have a nice day! Come for a cup of tea some time!

(5) We have moved in. Now, trying to organise wardrobes (cycling stuff got their own room and that supposed to make our life easier).
s: How much are you bound with the concept of your things on one side, and mine on the other?
e: What do you mean?
s: Well, we could move this shelves here, and those hanger there and it would fit better, just it means that our clothes will be mixed with no clear boundaries.
e: (thinking)
s: Just a proposition, I know you Polish are sensitive about invading your borders.
e: (raining eyebrows very very slowly)

Czytelnia (2) | Reading room. ‘Fried Green Tomatoes at The Whistle Stop Cafe’ by Fannie Flagg

THIS BOOK IS NOT ABOUT FU*KING LESBIAN RELATIONSHIP.

This book is about life, about people and families, about creating community (that thing when people leaving in the neighborhood know and accept each other, even though everyone is different; that long forgotten thing in our highly fenced, screened for privacy and armed in CCTV cameras housing estates).
Most of all, this book is about THE PERSPECTIVE.
This books reminds you that people are different and they choose different paths in life and that’s ok. It makes you believe that people are good and we only have our life time to be good. This book makes you want to be a good person.


PS. Yes, Idgie and Ruth live together and they have a son. Yes, nowhere in the book the relationship is named. Yes, there is a perfect reason for that: IT DOESN’T FU*KING MATTER, because when two people love each other and care for each other, they create A FAMILY.
People in Whistle Stop understood that much better than most of us today.

Find me on Goodreads.

Czytelnia (1) ‘Wybrańcy bogów’ Rafał A. Ziemkiewicz


Książka ta kisiła się od jakiego czasu na Kindlu, a ja zastanawiałam się czy to ten Ziemkiewicz, czy nie ten? (Tak, to ten). I tu zaszedł bardzo ciekawy proces, gdzie miałam autentyczne opory do rozpoczęcia czytania ze względu na mój wstręt do osoby autora, coś w stylu: nie zgadzam się z działaniami firmy ‘A”, wiec nie kupuję ich produktów. Wiedząc, że to reakcja nieco irracjonalna, bo samym przeczytaniem wspierałabym bardziej literaturę samą w sobie niż autora, z zaskoczeniem uświadomiłam sobie, że zupełnie instynktowna i niespodziewana. Poza tym, może pan Ziemkiewicz nie był jeszcze takim skończonym dupkiem, kiedy zajmował się pisaniem fantastyki? Jednakże, mimo przebłysków logicznego myślenia, w trakcie lektury nie umiałam obiektywnie ocenić, czy książka jest dobra, czy nie, bo wszystko wypaczone było przez mój stosunek do osoby autora.
Spróbujmy jednak: fabuła jest nieco cliche, ale może w 1991 r, kiedy została napisana, koncept dyktatury politycznej, społecznego marazmu i walki o wolność nie był jeszcze tak wyświechtany. Warsztat pisarski jest na wysokim poziomie, przyznaję, choć usilnie szuka się choćby skrawka “dobra”, choćby jednej postaci, która mogłaby być pozytywnym bohaterem, jakby chciało się chwycić czegokolwiek, co ocaliłoby nadzieję. Może w tym tkwi geniusz autora, by doprowadzić czytelnika do punktu, gdzie bezsilność jest jedynym, co pozostaje?
Niemniej jednak, kiedy czyta się fragment, gdzie jedna z postaci, w przydługim monologu, woła o Boga całą swoja duszą, a Ty masz przed oczami te wstrętne, rasistowskie, nacjonalistyczne i homofobiczne wypowiedzi autora na Twitterze, jakoś tego nie kupujesz. No po prostu nie.

PS. Okazuje się, że Ziemkiewicza kolega po fachu, pan Piekara, to też taki żartowniś Twitterowy, co to ani imigranta, ani kobiety nie oszczędzi [w 140 znakach].


Notuję sobie często kilka myśli po przeczytaniu książki i tak mi się uzbierało już całkiem sporo tekstów. Jako, że ten zahacza o osoby próbujące błyszczeć nieśmiesznym żartem wypowiadając się na bieżące [gorące] tematy, postanowiłam się swoimi myślami podzielić.

Tak więc, nieco na opak, powstała Czytelnia.

Znajdź mnie na Goodreads.

#czarnyprotest

Dzień dobry, jestem Polką, jestem kobietą, jestem katolikiem, nie mieszkam w Polsce.

Type emocji wzbudza we mnie ta cała sprawa z ustawą antyaborcyjną, tak się wszystko we mnie burzy, gotuje i wrzy.
Szukałam słów, by wyrazić to wszystko, co tam w środku krzyczy, słów takich, co zmienią bieg wydarzeń, wstrząsną umysłami i sercami, co pojednają tych, którzy politycznymi przekupstwami zostali podzieleni, co skupią naszą uwagę na zrozumieniu i szacunku, nie osądzaniu.
Przeczytałam takich słów tysiące w ciągu ostatnich kilku dni, słów o cierpieniu kobiet, których dzieci rodzą się martwe lub umierają na ich oczach zaraz po urodzeniu, o dramatach rodzin, gdzie życie matki jest zagrożone, o tragediach gwałtu, o strachu, o aborcji, która nie zniknie, ale zejdzie do podziemi.
Słów tak dosadnych, tnących jak noże, wwiercających się w mózg, świdrujących emocje i nawet one obijają się bezsilnie od ekranu do ekranu, od zdjęcia do zdjęcia i w końcu obiły się od murów parlamentu.
Nie znajduję słów, a co jak co, ciąć słowami to ja zawsze potrafiłam (nie, nie ma się czym chwalić).

Myślę, że chciałabym spojrzeć w oczy każdemu księdzu/chrześcijaninowi, który był w stanie stanąć twarzą w twarz ze zgwałconą kobietą/dziewczynką i powiedzieć jej:
“MUSISZ urodzić to dziecko. Przez najbliższe 9 miesięcy lub całe życie, każdego dnia, w każdej minucie musisz pamiętać o bólu i upodleniu. Musisz czuć je w swoim ciele. Nie, nie wiem, czy NFZ refunduje dożywotnią opiekę psychologa, jeśli nie urodziłaś się z wystarczającą ilością heroizmu we krwi. Spokojnie, na pewno w aptekach niedługo dostępne będą ampułki z eliksirem bohaterstwa (podawać dożylnie) dostępne bez recepty (nie obciążają sumienia)”.

Chciałabym im spojrzeć w oczy i tam odnaleźć odpowiedź, czy tak właśnie potraktowałby tę kobietę Bóg, gdyby to On przed nią stanął i czy trzymałby w ręku kodeks karny.
Jeśli tak, i to jest ten Bóg, w którego wierzę (wierzymy?), to ten świat zaiste jest smutny jak pizda.

Codziennik Australijski (10). O dizajnie w naszym domu

Po przeczytaniu tekstu o Bauhausie Jakuba Bażeli, podążając ciągiem luźnych skojarzeń, pomyślałam sobie, co ja tak naprawdę, jako architekt, mam wspólnego z dizajnem użytkowym? Rozejrzałam się po naszym mieszkaniu i tak:

Posiadamy korkociąg firmy Alessi, typ Anna G. (projektant: Alessandro Mendini, po raz pierwszy wyprodukowany w 1994), uwielbiamy go, choć z niego nie korzystamy, gdyż 99,9% win w Australii ma zakrętki. Ponadto S. do naszego gospodarstwa domowego wniósł kawiarkę firmy Alessi, z której także nie korzystamy, gdyż… nie dorobiliśmy się jeszcze młynka do kawy, a S. kategorycznie odmawia kupna kawy zmielonej. W szafce więc stoi paczka wyrafinowanych ziaren Industry Beans oraz La Conica zaprojektowana przez Aldo Rossi w latach 1980–83. Kawę pijamy w kawiarniach, bo te stoją w Sydney na każdym rogu, a i wzdłuż prostej ulicy, co druga witryna to coffee shop.

Na nasze umeblowanie składają się stół i 4 krzesła, repliki projektu Charlesa & Ray Eames, kupione przez Internet, dostarczone w ciągu zaledwie miliona miesięcy, w czasie których obiady jedliśmy na kartonie od trenażera rowerowego.

Mama S. (wzruszona chyba tym faktem) zaproponowała, że możemy sobie z ich rodzinnego pokoju bawialnego wziąć fotele i sofę Le Corbusiera (ORYGINALNE), zaprojektowane w 1928 (rok produkcji: 1965) i byliśmy tym bardzo podekscytowani, aż do momentu, w którym przypomnieliśmy sobie, że telewizora nie posiadamy i posiadać nie zamierzamy, więc kompleks wypoczynkowy nam nie potrzebny i w sumie to wolimy siedzieć na bean bagach z K-martu za 20 dolarów. Jakoś tak bardziej pasują do naszego stylu życia, a poza tym stolik E1027 (zaprojektowany przez Eileen Gray, urodzoną w 1878 r. irlandzką pionierkę modernizmu) do Lecorbusierowskich siedzisk, choć jest ikoną stylu, to jednak brzydką jak noc.

1. Anna G. 2. La Conica 3. Charles Eames table and chairs 6 LC2 7. E1027

Bardzo bym np. chciała mieć fotel. Najbadziej to Talking Chair (zaprojektowany przez Granta and Mary Featherston dla Pawilonu Austarlii na Expo ’67 w Montrealu), albo chociaż jeden z tych zreaktywowanych przez Pracownię Foteli i postawić go w rogu mej sypialni, przy regałach po sam sufit wypełnionych książkami i oknie wychodzącym na tajemniczy ogród. Niestety na ten pierwszy mnie nie stać, Ci drudzy raczej nie wyślą mi fotela do Sydney, książki moje mieszkają na półkach z Ikei i na podłodze, a “ogród” jest pełen pająków. Muszę więc, póki co, okiełznać moja romantyczna duszę.

Talking Chair

Sprawa, przy której nie godzę się na żadne kompromisy, to oświetlenie. Marzeniem mojego życia jest Horse Lamp (projektantki: Sofia Lagerkvist, Charlotte von der Lancken i Anna Lindgren ze Szwecji, tworzące zespół projektowy Front), którą uważam za absolutny Everest dizajnu i myśli kreatywnej, i która zajęła by sobą cały pokój dzienny. Wspominam o niej za każdym razem, gdy tylko w zdaniu przewiną się słowa typu “mieszkanie”, “lampa”, “oświetlenie”, “koń”, niezależnie w jakim kontekście, S. jest więc przekonany, że jestem nienormalna i w ramach odwetu proponuje lampę Arco (projektant: Achille & Pier Giacomo Castiglioni, 1962). Coż, chcemy mieć dużą lampę, przy tym jesteśmy zgodni. Ja tam jestem ugodowym człowiekiem i może nawet nie miała bym nic przeciwko zakupowi tej jego wybranki, gdybym tylko posiadała zbędne $3500 w kieszeni.
Moja świnka skarbonka jednak zbiera na razie na lampkę na biurko Tolomeo (projektant: Michele De Lucchi and Giancarlo Fassina dla Artemide, 1986), ale coś marnie jej to idzie. Póki co więc, naszym jedynym źródłem światła nie w suficie jest lampa Lersta z Ikei, (oryginalnie $24, kupiona za $10 na Gumtree — Felek rekinem biznesu). S., z jemu tylko znanych powodów, pała do niej bezgraniczną nienawiścią.

1. Horse Lamp 2. Arco 3. Tolomeo

W mieszkaniu znajdują się także dwa bambusowe blaty służące za biurka, gramofon, globus, paprotka, wszędobylskie książki i 5 rowerów.
I to by było na tyle.

Codziennik Australijski (8). Uwaga cycki!

Dochodzą mnie słuchy, że w rodzinnej mej Polsce głośno zrobiło się na temat karmienia piersią w miejscach publicznych. Jak wiecie, mieszkam daleko i nie jestem w stanie zrozumieć, o co się konkretnie rozchodzi. Jako, że temat wydaje się gorący, a w Australii ludzie też są ssakami, to chcę się podzielić obserwacją.

Wybraliśmy się dziś do Art Gallery of NSW (bywamy tam często, jesteśmy ‘members’ – tacy z nas ludzie kultury i sztuki, kiedy nie pedałujemy). Wystawa pt. “Frida Kahlo i Diego Rivera” przyciąga tłumy, trzeba kupować bilety “na godziny”, a i tak stoi się w kolejce, aby przyjrzeć się kolejnym obrazom lub zdjęciom. I tak jest fajnie, wystawa zorganizowana przednio, temat oczywiście fascynujący, ludzie komentują, dyskutują, spostrzegają szczegóły, które komuś innemu umknęły – sztuka ożywa. Wśród tłumu była też mama z małym dzieckiem, takim naprawdę małym (się na dzieciach nie znam, blogów parentingowych nie czytam, ale jak na moje oko musiało być jakoś niedawno urodzone), gdyż od czasu do czasu dało się słyszeć taki dziecięcy “kwik”. Nie zauważyłam, żeby komuś z tłumu, czy też pracownikom tej, jakże ważnej instytucji, to przeszkadzało. Kiedy dotarliśmy do sekcji ze zdjęciami (dość wąski korytarz) rozległ się głośniejszy płacz i odwróciłam się instynktownie, żeby zobaczyć co się dzieje. Otóż bobas najwyraźniej zgłodniał, ale mama szybko się zorganizowała: zaparkowała wózek koło ławeczki, przysiadła i zaczęła karmić piersią.

Oto, co nastąpiło potem:
– dziecko przestało płakać
– ludzie nadal oglądali wystawę
– nikt nie został rażony piorunem na miejscu
– właściwie to nikt nawet nie zwrócił uwagi
– obrazy i zdjęcia nadal wsiały na ścianach
– budynek galerii nadal stoi tam gdzie stał

A na pożywkę spierających się o GENDER (gdzie M -male, a F – female): po wystawie poszliśmy na lunch i Seb (M) zamówił burgera z wołowiną i bekonem, Ja (F) i Helena (F) po sałatce z quinoa. O ile ma to jakieś znaczenie.*

* – Nie ma i życzę wszystkim, aby mogli spożywać pożywienie adekwatnie do wieku, stanu zdrowia duszy i ciała oraz własnej woli.

Codziennik Australijski (7). #Ausvotes 2016

Dziś wybory federalne (do parlamentu) w Australii. Emocje buzują w powietrzu, przez ostatnie tygodnie twarze kandydatów straszyły z każdego słupa w mieście, skrzynki pocztowe zapchane ulotkami partyjnymi, w telewizji (którą na szczęście mam wątpliwą przyjemność oglądać jedynie na siłowni) w krwawych spotach reklamowych opozycyjne partie obrzucały się nawzajem błotem i benzyną. Bardzo swojsko.

Z ciekawostek: w zeszłą niedzielę na ogłoszeniach parafialnych, proboszcz od Dominikanów powiedział, że arcybiskup wystosował ulotkę, w której oczywiście nie mówi na kogo należy głosować, ale porusza kwestie, które powinniśmy rozważyć w swoim sumieniu podejmując wybór. Zaciekawiło mnie to, nie powiem, ale wychodząc z kościoła nigdzie nie mogłam wspomnianych ulotek znaleźć. Nie obawiajcie się jednak moi drodzy, kościół zna drogę do serc swych wiernych, jak i do ich skrzynek emailowych. Wraz z newletterem od Catholic Youth Services dostałam wspomnianą ulotkę, gdzie wypunktowana jest interpretacja poglądów trzech głównych partii na następujące kwestie: wolność religijna, małżeństwo, bezpieczeństwo programu nauczania (czyli gender), imigracja i uchodźcy. Jeśli kto zainteresowany, niech poda email, chętnie prześlę, ku rozjaśnieniu umysłu. Och kościele, jak ty mnie nie zaskakujesz, nawet w Australii.

Jeśli o partiach mowa, wśród wielu zarejestrowanych, główne obozy to Labor, Liberal i Green. Wspomnieć jednak warto, o co ciekawszych z listy:
Australian Sex Party (!)
Animal Justice Party
Australian Antipaedophile Party
Australian Cyclists Party
Australian Motoring Enthusiast Party
Australian Recreational Fishers Party
Pirate Party Australia (!)
Shooters, Fishers and Farmers Party
Smokers Rights Party

Pełna lista tutaj.

Nadeszła słoneczna sobota – dzień wyborów. Każda partia, bądź komitet niezależnych kandydatów mają swoje własne karty do głosowania, zamiast jednej książki zbiorczej, jak to jest w Polsce. Wchodząc do lokalu wyborczego zbiera się tę całą makulaturę, by potem oddać głosy: do Senatu oraz do House of Representatives, można głosować na poszczególne nazwiska dając im numerki od 1 do 12, gdzie 1 oznacza “najbardziej chciany” lub na partie, również w kolejności preferencji, ale tylko od 1 do 6.
Tu kolejna ciekawostka: na froncie wszystkich kart znajduje się instrukcja jak głosować. Na odwrocie kart partii Green umieszczono krótki opis programu wyborczego. Na odwrocie partii Liberal i Labor – tłumaczenie instrukcji, jak głosować na różne języki. W końcu ta Australia taka wielokulturowa! Tylko wszyscy się zastanawiają, po co te tłumaczenia, skoro, żeby być uprawnionym do głosowania, konieczne jest obywatelstwo, do posiadania którego z kolei konieczne jest zdanie egzaminu z języka angielskiego na całkiem wysokim poziomie?

Ja do głosowania oczywiście uprawniona nie jestem, więc dziś wieczorem, zanim zaczniemy oglądać pierwszy etap Tour de France, usiądę na kanapie w samym środku wydarzeń i wsuwając popcorn będę z ciekawością obserwować, jak się moi australijscy koledzy ekscytują liczeniem głosów i szacowaniem wyników.

Rekonstruckja ACL 5 miesięcy później.

W tym tygodniu miałam kolejną konsultację u chirurga. 5 miesięcy po operacji, odhaczamy następny kamień milowy na drodze ku normalności.

acl4

Zapisana byłam jako pierwszy pacjent tego dnia, na 2 pm, wpadłam do kliniki o 1.59, prosto z budowy, a Sam czekał na mnie w samochodzie zaparkowanym nielegalnie pod budynkiem w centrum miasta. Miło z jego strony, że ryzykował. Szybko zostałam zaproszona do gabinetu, a jako pierwszy konsultował mnie jegomość, który przedstawił się jako Greg/Gary/Fred (coś w tym stylu), chirurg z Anglii współpracujący z profesorem Pinczewskim. Zapytał uprzejmie o samopoczucie, wypytał o historię kolana, obejrzał moje nogi, pomierzył mięśnie, sprawdził stabilność po 5 razy na każdą nogę i mówi: “Kolano w stanie perfekcyjnym… no i muszę przyznać, że to najlepsze mięśnie jakie widziałem po rekonstrukcji”. Podziękowałam przyglądając się moim nogom z zaciekawieniem. Rzeczywiście wyglądają lepiej niż kiedykolwiek, ale nie mam tu na myśli, że są zgrabne, bo kiedy musisz kupować spodnie o 2 rozmiary większe żeby się uda zmieściły, takich nóg nie można określić jako zgrabne. Załączam prosty diagram, w celach wyjaśniających:

DIAGRAM

W końcu pan chirurg z Anglii usiadł na przeciwko mnie i ostrożnie zaczyna: Dobrze więc, jakie są Twoje cele? Znam ja ten ich ton głosu i wyraz twarzy jak u kogoś, kto nie chce sprowokować seryjnego mordercy… Czekam więc spokojnie aż powiedzą swoje i bez mrugnięcia okiem, tonem spojonym niczym ocean przed burzą mówię, że chciałabym znów grać w koszykówkę. Pierwsza reakcja lekarzy i fizjoterapeutów jest zawsze mniej więcej taka sama: na sekundę twarz im tężeje, by szybko wziąć się w garść, głęboki wdech i: “Dobrze więc. Zacznijmy od…” po czym następuje albo, że na moim miejscu dali by sobie spokój, albo, że zrobimy wszystko, żebyś mogła wrócić na boisko. Tym razem pan chirurg z Anglii, ku mojej uciesze, przyznał, że przecież po to przez to wszystko przechodziłam, by móc wrócić do robienia tego, czego chcę. Dziękuję, też tak sądzę.

Przy okazji tego tematu, wśród moich znajomych, rodziny i przyjaciół oraz wszystkich krewnych i znajomych królika mogę wyróżnić dwie grupy: A. “dałabyś już sobie spokój z tą piłką/ty to już chyba nie myślisz o graniu?” oraz B. “kiedy wracasz do sportu?/dasz radę/ćwicz więc dzielnie/ew. milczenie i skinienie głową, bo wiemy oboje, że komentarz jest zbędny”. Dla przykładu, mama należy do grupy A, moja siostra i tato do grupy B. Obie grupy rozumiem, ale tylko jedna z nich rozumie mnie (mama się nie liczy, ona rozumie, ale jest mamą, a to rządzi się swoimi prawami).
Do osób z grupy A: wiem, że to z troski, naturalna reakcja, kiedy jakoś wypada pokazać, że poruszył Was fakt kolana rozpieprzanego średnio co półtorej roku, i że życzycie mi jak najlepiej. Rozumiem, że nie każdy chce dopatrywać się drugiego, trzeciego, czy siódmego dna w całej historii, nie szkodzi.
Do osób z grupy B: piona, wiadomka.
Kiedyś bardzo mnie złościły komentarze osób z grupy A, chciałam krzyczeć, że przecież niemożliwe nie istnieje. Już się tak nie emocjonuję, uśmiecham się, grzecznie dziękuję za troskę i robię swoje. Tyle już o sobie wiem, że we wszystkim spalam się zupełnie, wchodzę na 120%, głową próbując przebić mur. Przez to/dzięki temu znalazłam się w punkcie w którym teraz jestem (szklanka do połowy pusta czy pełna?).

Do gabinetu wchodzi profesor, pan chirurg z Anglii zdaje mu sprawę ze swoich oględzin i przechodzimy przez cały proces od początku. Diagnoza jest następująca: jeśli chcę grać, od jutra przechodzę na program PEP (Prevent Injury and Enhance Performance) i zaczyna się ciężka praca, bo mam go wykonywać codziennie i przed każdym wysiłkiem fizycznym. Za 6 miesięcy badanie komputerowe siły, szybkości, gibkości, stabilności i czego tam jeszcze dusza zapragnie, porównanie do wskaźników i jeśli wypadnie powyżej normy – powrót do gry. Póki co, mogę zacząć skakać, rzucać, ćwiczyć w pojedynkę, żadnej gry kontaktowej. Rower bez ograniczeń. Regularnie konsultować się z fizjoterapeutą.
Jeszcze raz pogratulowano mi nóg, podkreślono, że jeszcze przez 12–18 miesięcy nie zapomnę, że kolano była operowane i zapisano na wizytę w grudniu. Nie obyło się oczywiście bez kąśliwych żartów na temat jakości rekonstrukcji wykonanych w Polsce oraz tego, że dobre rezultaty rehabilitacji są wynikiem mojego bycia “eastern block athlete”.

Ciekawostka – program PEP, jak wyczytałam w opracowaniach Santa Monica Orthopaedic and Sports Medicine Research Foundation pozwala zredukować ryzyko zerwania ACL do 70% (dużo!) i nie jest wcale żadnym wymyślnym zestawem ćwiczeń, ale zdrową, porządną rozgrzewką, z resztą, bardzo zbliżona do tej, jakie miałyśmy swego czasu a AZS-ie z Mariolą Kudłak-Marzec i Karoliną Zelig. Nic dziwnego, że w tamtej drużynie nie zdarzyło się ani jedno zerwane więzadło i to przez dobrych kilka lat treningów i meczy.

Przechodząc do sedna, w sobotę wieczorem poszłam na siłownie z nadzieją w sercu i motylami w brzuchu, bo w końcu zacznę podskakiwać i może nawet potruchtam! Otóż, po ponad 18 miesiącach bez skakania i biegania, skoki okazały się czarną magią. Nie umiem obunóż wprzód ani w tył, ani na boki, trochę udało mi się w górę na jednej nodze. Nie wiem czy bardziej zaskoczenie, smutek, czy wstyd. Z pozytywnych akcentów to przebiegłam na bieżni całe 15 min, żółwim tempem, ale nie szkodzi i po powrocie do domu miałam tyle endorfin, że postanowiłam całą noc wycinać małe jednorożce z tęczowego papieru i rozsypać je po mieście i okolicach!

Wciąż długa droga przede mną.

Pójdę na rower, jak tylko w Sydney skończy się pora deszczowa.