Wentworth Memorial Church and Quo Vadis public architecture?

This church sits on the hill, tightly surrounded by the high-end residences. I can see its tower every time I go for a local spin on my bike and I was always curious about its modern architecture. When I’ve heard, that the church is on sale, I thought I would better go and explore it now before it’s too late, when whoever buys the land will close it up for public for good. When one Saturday we went to see the church, we found a big red sticker on the board saying SOLD, so, clearly, we were already trespassing. With cold blood and in the name of Architecture I walked around one of the most fascinating sacral sites I have seen.

With so cleverly designed journey from the bottom of the hill, through the walled courtyard, up to the entrance, covered with the physical and visual extension of the main roof, you can see the clear form of the church from many different perspectives. I have also found a little timber door on the side wall of the church with no lock on it. With the attitude that nothing can stop me from appreciating the architecture in full and I’m ready to be arrested for that, I sneaked in. What a space.


The church is an example of Sydney School style of architecture, designed by Donald Gazzard c.1965 and was built as a memorial to the serviceman and women who served during WWII. Since 2012 it’s heritage listed.


Since our visit to Wentworth Memorial Church, I have been wondering what will happen to the building in the future. It cannot be demolished but if it doesn’t serve the religious purpose anymore, what function can it accommodate (the land is zoned as residential)? What activity these days would be appropriate for the citadel-like siting, in the area of few kilometres radius with nothing else but big houses and expensive cars parked along the streets? What can we do to keep this building open to the public, what would bring people there and at the same time be profitable for the owner? Where the elevated and almost spiritual way of approaching the entrance can lead?

1_B

2_B

3_B

4_B

5_B

6_B

7_B

8_B

9_B

Czytelnia (4) | “Wszystko jak chcesz”

Punkta do listów Jarosława Iwaszkiewicza do Jerzego Błeszyńskiego.

 

1. Próbuję ogarnąć tę Polskę z lat 50-tych, która wyłania się z listów Iwaszkiewicza. Jaka ona była, jacy byli ludzie? Jak rzeczywistość, moralność, opinia społeczna wtedy, mają się do Polski naszej, współczesnej? Dziś w Polsce być sobą wydaje się niezwykle trudne… Na każdy temat trzeba mieć opinię i jasno opowiadać się po stronie białej albo czarnej; wydaje się też jakbyśmy dopiero co zrzucali zasłonę moralności katolickiej, tematów tabu i pruderii. A wtedy? Gdzie ksenofobia, gdzie uprzedzenia, gdzie polaryzacja opinii? Czytając listy wydaje się, jakby 60 lat temu można było po prostu być sobą (zaledwie parę wzmianek o “wstydzie” lub “co ludzie powiedzą”), jakby można było być takim innym, takim wrażliwym…

2. A może od zawsze tak było, i tak jest też dziś, że w swoich własnych mikrokosmosach jesteśmy sobą, żyjemy popełniając głupstwa i szaleństwa, daleko nam do postaw zaaprobowanych moralnie, a opinia publiczna, która wydawałoby się takie postawy szykanuje, choć istnieje, to jest tworem sztucznym. Nasi bliscy, nasi przyjaciele, ludzie z sąsiedztwa, wszyscy są w jakiś sposób “nienormalni”. Tak wtedy, jak i teraz, żyjemy sobie, a opinia o tym, “co przystoi” sobie? Życie we wszystkich tych mikroskopowych wszechświatów, naszych własnych światów, toczy się swoim biegiem i ogólny rys społeczny nijak ma się, jako całość, do naszych codziennych dni, przyjaciół, namiętności, miłości.

3. Fascynują mnie te relacje, ta wrażliwość, uczucia, ta miłość, czy pożądanie. A jeszcze bardziej fascynują mnie osoby trzecie pojawiające się raz po raz w listach, zawiłe powiązania, układy relacje tak do głębi przyjacielskie , a czasem jedynie erotyczne. I oczywiście kobiety w tym wszystkim, Hania (Anna Iwaszkiewicz), Halina, Nika, Lidka… z dziećmi, z mężami, z kochankami mężów? Nie umiem zbudować sobie tych postaci w głowie, jakby nie miały prawa istnieć, a przecież były.

4. Cóż za doskonały opis miłości, z góry “niespełnionej” (a co to jest spełnienie?), z marginesu, na drugim planie, choć przesłaniającej cały świat. Miłości niełatwej, rozrywanej na strzępy, ale niesłabnącej, nie “racjonalizującej się”, nie stygnącej, a wręcz przeciwnie. Uczucie, a wraz z nim namiętność, tak silne, że nie boi się śmieszności, zakazów, tego , że “nie wypada”, albo “nie wolno”, ale tworzy własną, trzecią rzeczywistość. Potrafi wznieść się ponad zazdrość i chęć “posiadania”, choć te uczucia są bezustannie obecne, kroczą ramię w ramię z poświęceniem, oddaniem, rozpaczą i zgodą. Zgodą na wszystko.

5. Kto kiedykolwiek kochał tak szalenie, miłością niełatwą, miłością do “niełatwego” człowieka, ten zrozumie. I w każdym zdaniu, każdym uniesieniu, każdym zawodzie — siebie odnajdzie.

6. I na koniec, a raczej “po końcu”, prawdy wychodzą na jaw i niczym nie da się już zmydlić oczu. Wyłania się obraz dramatyczny, żałosny, rozpaczliwy. Uświadamia się sobie własną ślepotę, każdą interpretację sfałszowaną na własną korzyść, byle nie dopuścić bolesnej prawdy w czystej postaci, zażenowanie, upokorzenie, żal i wstręt. I pytanie, czy to wszystko, co się czuło, było kłamstwem, bo na kłamstwie oparte?

Goodbye Poland.

Jak na prawdziwego miłośnika literatury przystało, mój pobyt w Polsce mogę zamknąć klamrą, bo oto, uwaga, niemal SPÓŹNILIŚMY SIĘ na lot z Warszawy do Dubaju.

Jak to się stało? Otóż, zaledwie przelecieliśmy z Wrocławia do Warszawy, a LOT już zdążył zgubić nasze 3 bagaże. WSZYSTKIE 3. Szukamy walizek i plecaka na wszystkich karuzelach, pan z obsługi nadaje przez walkie-talkie do innego pana i pyta, gdzie mogły się one podziać, po czym sugeruje, że skoro zostało nam już tylko 20 minut do odprawy do Dubaju, to żebyśmy szybko tam się udali i odprawili bez bagażu, aby nie stracić tego lotu, po czym należy wrócić na poziom niżej, odnaleźć trzy telefony na przeciwko sklepu z perfumami, podnieść słuchawkę środkowego (ale żadnego innego) i nas wtedy automatycznie połączy z Najwyższym Biurem Dowodzenia Wszechświatem, i wtedy będziemy mogli jeszcze raz wejść do hali odbioru bagażu, bo ten na pewno gdzieś się pomieszał z transferowymi i jeszcze możemy zdążyć go nadać. Poczułam się, jak w bajkach, kiedy musisz zapamiętać dokładnie słowa wróżki, co trzeba zrobić i w jakiej kolejności, bo jak nie, to klops, nikt nie będzie żył długo i szczęśliwie.
Także BIEGNIEMY.
Pani w Emirates Airlines nas odprawiała i mówi, że jak znajdziemy bagaż i w 15 min zdążymy do niej wrócić to jeszcze nam go nada. Samolot odlatuje dokładnie za godzinę.
Także BIEGNIEMY z powrotem.
Środkowy telefon zajęty, pan mówi, że już 40 minut czeka i mu muzyczka gra do ucha, bo on w podobnej sprawie. S. dostaje typowej polskiej kurwicy. Pan odkłada słuchawkę zrezygnowany, a ja podnosząc ją i słyszę, że jesteśmy czwarci w kolejce oczekujących na połączenie. Zostawiam S. ze słuchawką, łapię kogoś w mundurze celnym i mówię, jak jest, a on na to, że nie ma innego wyjścia, środkowy telefon na przeciwko sklepu z perfumami jest jedynym portalem do ponownego przeniesienia się w krainę bagażu. Taka procedura. Nie ma innej opcji. Tylko jeden aparat na cały świat.
Zostawiamy w cholerę tę słuchawkę i tę ich muzyczkę i biegniemy schodami ruchomymi znów do hali odlotów, gdzie po drodze jest biuro LS Airport Service, którzy to są odpowiedzialni za dostarczanie bagaży z samolotu do odbioru. Przedstawiamy sytuację i pytamy, czy mogą nam jakoś pomóc.
– eee, to pani se tam z powrotem pójdzie do tych bagaży i odbierze (arogancki ton, przeciągający samogłoski, pogardliwe grymas w kąciku ust).
– Nie pójdę, bo nie można.
– eee, co nie można, tymi schodami na dół i tak jak pani wyszła, tak wejdzie.
– Nie wejdę, bo jest ochrona, nie ma wejścia.
– noooo, to se pani pójdzie do środkowego telefonu…
– Byłam. Nie można się doczekać na połączenie. Mamy samolot za 45 minut.
– to czego pani marnuje tu czas z nami, iść tam i na telefonie czekać…
– Nie mam czasu czekać, mam lot do Dubaju, a potem do Sydney oraz zaginiony bagaż, który chcę odzyskać.
– eee, tu nic nie ginie (przeciągnięte melodyjnie “i” w słowie ginie oraz lekceważące machniecie ręką).
S. co prawda nic nie zrozumiał z tej rozmowy, ale intuicyjnie wyczuł, że należy mnie przytrzymać, bo ten człowiek, Polak pracujący, nie zdawał sobie najwyraźniej sprawy, że lekceważy zgubiony bagaż w którym są MOJE KSIĄŻKI, a to w każdej sekundzie może się dla niego skończyć rozszarpaną tchawicą. Miałam ochotę go złapać i potrząsać nim tak długo aż trzeba go będzie hospitalizować z powodu epilepsji.

Czasem mam ochotę tak wziąć całą Polskę za fraki potrząsać nią, aż w końcu coś się jej poprzestawia na lepsze tory.

Widzimy, że nic nie wskóramy z bagażem, więc aby przynajmniej nie spóźnić się na ten samolot, co go mamy za 40 minut — BIEGNIEMY. Klejka do kontroli bagażu, potem kolejka do odprawy celnej, w której utknął S., gdyż Azjatka przed nim próbowała odprawić siebie, KOTA oraz swoją matkę. Pani celnik nie była w stanie dogadać się ani z Azjatką, ani z kotem, ani z matką. Po upływie jakichś 7 minut, czyli WIECZNOŚCI, S. w końcu znalazł się ze mną po drugiej stronie lustra, także BIEGNIEMY do bramki. Dopadamy do kolejki na 3 minuty przed zamknięciem, czyli luz, nawet zdążymy spakować wszystkie Kindle, laptopy i aparaty, z którymi to pod pachą przebiegliśmy całe warszawskie lotnisko.

W samolocie przeczytałam sobie “My brief history” Stephena Howkinga, bo nie ma to jak trochę czarnych dziur, grawitacji kwantowej i tuneli czasoprzestrzennych na ukojenie nerwów. Szczerze polecam.

Jesteśmy w Dubaju. Nie możemy nic załatwić, bo jest 1 w nocy czasu miejscowego, a tym samym 23.00 czasu warszawskiego, biuro LOTu czynne od 9 do 17-tej, a przez internet się nie da złożyć oficjalnego raportu PIR (Property Irregularity Report). Także SIEDZIMY.


I jak tu już jesteśmy przy takich zabawnych przygodach, to mam w rękawie jeszcze jedną anegdotkę o tym, jak udałam się podczas tej wizyty we Wrocławiu do DZIEKANATU. Tak, właśnie tam.
Jadąc na uczelnie wiedziałam, że to nie będzie nic przyjemnego, że prawdopodobnie nic nie załatwię, że tylko sobie zepsuję dzień i że nie ma języka, w którym umiałabym wytłumaczyć S. co to znaczy wizyta w DZIEKANACIE oraz związana z tym BEZSILNOŚĆ. Ale nie uprzedzajmy faktów.
– Dzień dobry, mam na imię Ela… (jakieś wstępne bla bla bla najuprzejmiejszym tonem, na jaki tylko potrafię się zdobyć) …potrzebuję syllabus.
– A kiedy się Pani broniła?
– 2011
– A to były studia jakie? Pięcioletnie czy dwudzielne?
– Jednolite pięcioletnie stacjonarne.
– A to nie ma.
ZONK. Nie ma. Skończyły się, jak bułki w piekarni. Nie ma.
Ale ja mam plan B.
– A to ja mam taki syllabus tutaj, dostałam od koleżanki, co broniła się dwa lata przede mną, tylko do uprawnień w Australii potrzebuję potwierdzenia, że on obowiązywał także w takcie moich lat studiów i ja sprawdziłam z moim wypisem, i wszystko się zgadza, więc potrzebuję tylko potwierdzenia, jakiejś pieczątki…
I wtedy oto co nastąpiło:
– A co Pani mi tutaj! Przychodzi we wrześniu, co to nie wie, że obrony są?! Zapisy są?! Nowi studencie są?! Szkolenia BHP są?! Ja proszę Panią nie mam czasu, bo co to się we wrześniu dzieje, wszyscy przychodzą i coś chcą! A co ten rząd australijski taki podejrzliwy, co to on sobie myśli, że go wszyscy Polacy chcą oszukiwać, czy co?! Ja proszę Pani, ja nie wiem, ja to muszę posprawdzać, to na pewno nie w tym tygodniu. Ani nawet w następnym. Ja nie wiem, ja to sobie położę na biurku, ale ja nie wiem, co to ja tutaj mam zrobić! Pani zapisze telefon, ja zobaczę, jak coś zrobię to zadzwonię, ale ja nie wiem!

Zapisałam telefon. Wyszłam z dziekanatu. Jeszcze przez ładnych parę godzin chciałam iść i z armat walić, mordować, grabić, truć i palić.
Z historii tej wyciągnąć można dwa wnioski:
1. Po zmianie systemu studiów z jednolitych pięcioletnich na dwudzielne, panie z dziekanatu, z Dziekanem, Rektorem oraz Prorekotrem rozpalili wielkie ognisko na Babiej Górze, do którego wrzucili syllabus oraz wszystkie dokumenty świadczące o tym, że jakiekolwiek studia jednolite miały kiedykolwiek miejsce (nic to, że przed dziesiątki lat, uczelnia ta wydawała na świat absolwentów tychże właśnie) i tańczyli wokół niego nago trzymając się za ręce. W ognisku tym spłonęły, a tym samym przepadły na zawsze informacje zachowane na: glinianych tabliczkach, papirusie, pergaminie, dyskietkach, płytach CD-ROM, dyskach twardych. Także syllabusa NIE MA.
2. Mam 30 lat (skończone), dyplom absolwenta wyższej uczelni, a pani w dziekanacie traktuje mnie jak rozwydrzonego bachora, który przychodzi bez pardonu i ma czelność prosić ją, żeby w godzinach swojej pracy (od 12 do 15) wykonywała swoją pracę. Moja zbuntowana dusza, rozpasana na tej australijskiej uprzejmości, tym południowym dobrobycie i tym nie-do-pomyślenia-szacunku do osoby, z którą próbujesz coś załatwić, bez względu na to po której stronie biurka siedzisz/stoisz, się na takie traktowanie NIE GODZI. I wtedy ja tę Polskę chcę, tak od morza do Tart, od wschodu do zachodu, objąć i trząść…

Pani jeszcze nie zadzwoniła.


Wyszło na to, że ja tu jestem jednym wielkim chodzącym sarkazmem i tylko narzekam i narzekam na ten nasz kraj, ale co Wam, będę pisać, że przez ten miesiąc byliśmy na 4 pięknych weselach moich najbliższych, przez Blacharską nieustannie przewijały się grupy przyjaciół, za którymi bardzo tęskniłam, że Zebra jak zawsze nie zawiodła, a mamcia codziennie gotowała nam obiady, że po 11 latach spotkaliśmy się z kolegami z liceum i był to jeden z najlepszych wieczorów tego miesiąca i każdemu z tych kolegów przybijam pionę, bo okazało się, że wszyscy podążyli fascynującymi, kompletnie różnymi ścieżkami i “wyrośli” na zabawnych i inspirujących ludzi, że udało nam się zejść wzdłuż i wrzesz Barcelonę w 4 dni i zobaczyć niemal wszystkie punkty, jakie miałam zaznaczone na mojej mapie “Barcelona-Architektura”, że udało mi się pokazać S. nieco z mojego ukochanego Krakowa, że byliśmy na fantastycznym koncercie Papa Roach w Warszawie dzięki mojej najlepszej siostrze, że w Rzymie zupełnym przypadkiem (albo cudem) dostaliśmy wejściówki VIP na audiencję do Papy Franciszka i siedzieliśmy sobie jakieś 10 m od niego, że w tym Wiecznym Mieście moje niegodne stopy stąpały po tych samych kamieniach i tym samym bruku, po którym ludzkość stąpa już od ponad 2,5 tysiąca lat, i w końcu, że udało mi się spotkać z ludźmi, z którymi bardzo dawno nie rozmawiałam, albo niezwykle rzadko mam czas wymienić parę pisanych słów, którzy są rozsiani po świecie jak ja, a jednak są mi oni wciąż tak bliscy, jak bielizna i to świadomość, że soulmates never die sprawia, że wiara w ludzkość i w samą siebie wciąż jeszcze się we mnie tli.

Łezka w oku.

Do zobaczenia!

Welcome to Poland.

Lecimy do domu! Sydney — Dubai — Warszawa. W końcu na polskiej ziemi, jeszcze tylko zdążyć na samolot do Wrocławia. A okazało się to nie lada przygodą.

12.15:
Lądujemy w Warszawie. Tłumu nie ma, szybka akcja przez kontrolę celną, biegniemy do taśmy bagażowej.
12.25: Czekamy na bagaże.
12.30: Czekamy.
12.40: Czekamy.
12.45: Czekamy.
12.48: Bagaże!!!
Dzikim cwałem opuszczamy terminal, poganiamy ruchome schody, by jechały szybciej do odlotów, a do nadania bagażu kolejka, jakieś 50 osób. Podbiegam do pani z obsługi stojącej w pobliżu:
– do której godziny możemy nadać bagaż?
– A o której jest lot?
– 13.30
– O żesz… proszę za mną, tu boczkiem, ominiemy kolejkę. Za tymi Japończykami państwo od razu nadadzą bagaże.
– Dziękujemy!

12.52:
Para Japończyków przed nami odbiera swoje karty pokładowe, skłaniają się nisko (2 razy), pan obsługujący mówi dziękuję, ja przestępuję z nogi na nogę, Japończycy po chwili (!) milczenia wykrzykują łamaną polszczyzną: dziękuję! Pan: dziękuję, Japończycy: dziękuję! Japończycy: Ukłon, ja: PRZEPRASZAM!!! I odpycham ich stanowczym ruchem.
Pan: a co to się stało?
Ja: Lot mamy o 13.30
Pan: O żesz… to szybko, paszporty proszę.
Uprzejmy pan, bardzo szybko nadał nam bagaże, a pani czuwająca nad nami kazała biec do kontroli i nie stać w kolejce, bo nasze szanse maleją z każdą sekundą.

12.58:
Biegniemy. Wąż kolejki do kontroli ma jakieś 6 zakrętów, a my przez sam środek, zgięci pod taśmami, pomiędzy Grażynami i Januszami, nie bacząc na mordercze spojrzenia, zostawiając za sobą pomruki i złorzeczenia najsoczystszej polszczyzny, docieramy do taśmy. Przed nami 7 osób, w tym 3 młode dziewczęta.
Bagaże pierwszej z dziewcząt przejeżdzają przez skaner… STOP! nie wyjęła płynów, proszę się cofnąć, trzeba wypakować i jeszcze raz, S. zaczyna oddychać w nieco przyspieszonym tempie.
Druga z dziewcząt nie zdjęła paska… STOP! proszę zawrócić, jeszcze raz przejść. Bagaż trzeciej z dziewcząt… STOP! nie wyjęła laptopa, proszę zawrócić, wyjąć, jeszcze raz skanowanie.
Za sobą słyszę S: for fuck sake…

13.12:
Nasze bagaże są w końcu skanowane, laptopy osobno, płyny osobno, jak Pan Bóg przykazał. Przechodzę przez bramkę, chcę chwycić mój plecak, ale pan z ochrony celnej jest szybszy.
– Pani tam ma… pani tam ma… DWA CZYTNIKI ELEKTRONICZNE!
– No mam.
– To trzeba wyjąć, wypakować, jeszcze raz przeskanujemy.
S., wciąż po pierwszej stronie barykady patrzy na mnie z niedowierzaniem. Przechodizliśmy to już 4 razy w ciągu ostatnich 24h, nikt nas o czytniki nie pytał, ale o to Polska właśnie.
Pan z ochrony rozgrzebuje mój plecak, znalazł jednego Kindla, szamocze się z etui, w którym jest drugi, ja oblewam się potami, próbuję powiedzieć, że my nieco w pośpiechu, boarding już się kończy, ale nasza polska służba jest niewzruszona i jej akurat wcale się nie śpieszy. Mój bagaż odbywa kolejną podróż przez skaner, już go chcę pochwycić, ale nie! Tym razem pani z ochrony, że na specjalną kontrolę go bierze. Łapię się za głowę, S. dostaje polskiej kurwicy w najczystszej postaci, a pani niespiesznie muska mój plecak papierkiem. Zabrała papierek do maszyny sprawdzającej, a ja za sobą słyszę: YOU MUST BE FUCKING KIDDING ME!!!
Odwracam się, a pan gmera w naszej torbie z aparatami fotograficznymi i niewzruszony odpowiada patrząc S. prosto w oczy:
– Aparty, toż to elektronika! trzeba wypakować!
Wyciąga pierwszy… a to dla draki była Diana, analogowy, na film. Wyciąga drugi, mocuje się z trzecim, cały sprzęt do skanowania JESZCZE RAZ. Tymczasem mój plecak nie zawiera narkotyków, śmiercionośne Kindle też wydają się być ok.

13.21:
Chwytamy bagaże, a pod pachę laptopy, niedopakowane aparaty i te mordercze Kidnle i biegniemy. Przez perfumy na bezcłowej, przez wódkę, czystą, zmrożoną, przez chusty malowane w tradycyjne wielkopolskie wzory, biegniemy.
Słyszymy:
– Last call for passenger Ms. Elżbieta Głogowska and Mr. S…
Biegniemy.

13.23:
Dopadamy do bramki.
– karty pokładowe poproszę.
Podajemy telefony, resztką sił, jak pałeczkę na sztafecie… nie chce odczytać. Wygrzebuję karty, które pan przy nadawaniu bagażu nam wydrukował, bo “w razie gdyby nie zdziałało na telefonie” i błogosławię go w duchu.
– Ach, to państwo, proszę szybciutko, zatrzymamy autobus dowożący, żeby państwo zdążyli.
– DZIĘKUJEMY!!!
Biegniemy.

13.31:
Siedzimy w samolocie do Wrocławia.


Jesteśmy w domu. Przez ten miesiąc będziemy oczywiście na Blacharskiej, a także w Barcelonie, Krakowie, Warszawie i Rzymie. Jeśli ktokolwiek chciałby z nami na kawę albo coś mocniejszego lub po prostu zbić pionę to proszę pisać, bo się za Wami, bardzo stęskniliśmy!

Jak Żyd Wieczny Tułacz. Porady i rekomendacje.

Jeśli ktoś chciałby się mnie pozbyć, tak na zawsze, oto niezawodny sposób: należy mnie wywieźć do centrum handlowego (i tu pragnę podkreślić słowo “wywieźć”, jest to bowiem jedyny sposób na to, bym znalazła się w centrum handlowym. Jako, że nienawidzę zakupów, nie ma takiego butiku, ani takiej promocji, która sprawiłaby, że moja noga, z własnej, nieprzymuszonej woli postanie w miejscu, które ma więcej niż trzy lokale handlowe dostępne z jednego ciągu komunikacyjnego, ale do rzeczy). Także, należy mnie wywieźć do centrum handlowego, przebyć 1 poziom, tu bez znaczenia: w górę, czy w dół, pilnując abym nie uciekła póki jeszcze dociera do mnie naturalne światło sączące się przez oszklone wejście, przejść 50 kroków i tak zostawić.
Po sprawie.

Co prawda, ludzi można wywozić np. do lasu i tym samym skazywać ich na zagładę, ale w takim lesie, to ja bym dokonała żywota wcale szczęśliwa, a przynajmniej jakoś tak naturalnie, bardziej organicznie. I ktoś by jeszcze mógł odnaleźć ciało.
Za to porzucając mnie w centrum handlowym (ale szanujmy się, jakimś większym, jak Pasaż Grunwaldzki, czy Magnolia, albo, o! Złote Tarasy, bo taka np. Galeria Dominikańska nie zadziała – jako jedna z pierwszych galerii handlowych w Polsce, zbyt dobrze zaprojektowana pod względem orientacji, nie miała jeszcze jasno sprecyzowanego celu, jaki prześwieca dziś wszystkim tego typu przybytkom: nigdy nie doprowadzić klienta do sklepu, którego szuka w czasie krótszym niż 37 minut.), będę już do końca czasów błądzić i nigdy nie znajdę wyjścia. Ani toalety. Ani windy.
Będę, jak Żyd Wieczny Tułacz*, nieprzerwanie i bez końca wędrować z tym, że nie przez przemijające stulecia, a przez poziomy i ruchome schody.

* Żyd Wieczny Tułacz pojawia się w jednej z najlepszych książek, jakie w życiu przeczytałam, i którą niniejszym gorąco polecam: “Rękopis Znaleziony w Saragossie” hr. Jana Potockiego.
Polecam także film z 1964 roku na podstawie powieści, z niezastąpionym Zbigniewem Cybulskim w roli głównej i fenomenalnym Franciszkiem Pieczką w roli opętanego Paszeka.

Cdziennik Australijski (14)

Także mieszkamy na klifie. Wszyscy już o tym wiedzą, bo w kółko to powtarzam. Obserwujemy więc sobie z balkonu fale, żaglówki, statki i wschody słońca, a nocą to księżyc obserwuje nas. Kilka razy udało nam się “towarzyszyć” wielorybom w ich corocznych migracjach, raz mieliśmy szczęście zauważyć stado delfinów tuż pod naszym blokiem, a pewnej soboty emocji dostarczyło nam dwóch śmiałków, którzy rozpięli slack pomiędzy klifami i próbowali swoich sił 30 m ponad kipielą.

Obserwujemy też rybaków, którzy upodobali sobie rock fishing i wyszukują najniebezpieczniejsze półki i wyłomy skalne, by złapać tę swoją rybę z oceanu targanego falami, roztrzaskującymi się o skały, które już oberwały się z klifu i runęły do wody.
– O chyba ma branie! woła S. obserwujący rybaków od jakiegoś czasu. Podchodzę do skraju balkonu. Rzeczywiście kołowrotek obraca się w równym tempie, gdy rybak przykuca, by ustabilizować swoją pozycję. Trwa to dłuższą chwilę, bo przecież jeśli na końcu żyłki rzeczywiście coś jest, to trzeba to wciągnąć ponad 30 m w górę klifu. W końcu jest – złapana ryba pobłyskuje srebrzyście w porannym słońcu.

Gdy tak obserwujemy całą akcję, zastanawiam się , czy w takich momentach bardziej życzę im dobrego połowu, czy tego, by przeżyli.

* * *

 

To, co powyżej napisałam w poniedziałek. Wielkanocny. Jest sobota, godz. 23. Od ponad godziny zawieszony przed naszym balkonem śmigłowiec patroluje klif. Metr po metrze. 4 silne reflektory oświetlają ściany klifu i taflę oceanu.
Z początku nie zwróciliśmy uwagi na odgłos helikoptera za oknami, przyzwyczajeni, że policyjny śmigłowiec patrolujący wybrzeże podlatuje tak blisko naszego bloku, że spokojnie możemy pomachać załodze i dostrzec, czy odpowiadają nam uśmiechem. Z reguły jednak dzieje się to w soboty przed południem.
Kiedy odgłos helikoptera nie oddalał się , wyszliśmy na balkon, by w ciemności dostrzec, że to jednak nie jest znana nam policyjna maszyna, ale potężny wojskowy śmigłowiec zawieszony niemal na wysokości klifu i niemal na wyciągniecie ręki. Drugi, nieco mniejszy, zataczał koła wokół łodzi, która wyposażona w równie silne światła, patrolowała miejsca, gdzie fale rozbijają się o skały.

Jest północ. Nie wiemy, kogo szukają. Stoję na balkonie zaciskając pięści i wpatruję się w czarną wodę, po której przesuwają się zielonkawe plamy, w miejscach, gdzie pada światło reflektorów. Zaciskam pięści mocniej i mocniej, może jednak niczego nie znajdą. Może czyjś mąż, albo tato wróci dziś do domu, tylko trochę później niż zwykle.

Codziennik Australijski (13)

Ludzie decydują się na zamieszkanie razem, potem decydują się na kota, a nawet kredyt, albo, co gorsza, dzieci. My mamy paprotkę. Z całych sił staramy się ją utrzymać przy życiu. Teraz mamy też poczucie ogromnej odpowiedzialności na jednym ramieniu z balastem dorosłości na drugim, gdyż na najbliższy miesiąc do naszej paprotki dołączyło 5 storczyków (oraz ich własna konewka).

Peggy leci do Izraela na Święto Paschy, a my obiecaliśmy zaopiekować się jej kwiatami. Po pracy zapukaliśmy więc do drzwi naszej sąsiadki, by zapytać, czy możemy jej jeszcze w czymkolwiek pomóc. Peggy bardzo się stresuje podróżą i mówi, że już tęskni za oceanem, który musi tu zostawić. Jako, że pochodzi z Johannesburga, mówi, że tam tylko ląd i skały, a jej się tak bardzo spodobał ocean, kiedy przeprowadzili się do Australii!
Pytamy, czy ma kto ją odwieźć na lotnisko o tej 4 nad ranem. Tak, przyjedzie po nią kierowca, bo Peggy leci biznes klasą. “Trwonię spadek moich dzieci, proszę ja was” dodaje z szerokim uśmiechem.

Zostaliśmy zatrzymani w kuchni, gdzie zawartość lodówki zaczęła się systematycznie przenosić na nasze ręce. “Przecież zmarnuje się pod moją nieobecność, a Wy sobie zjecie”. W końcu obładowani tak, że nie widać już było naszych twarzy, gawędzimy wesoło, a rozmowa schodzi na temat tego, że nie mamy telewizora.
P: Ale tak w ogóle nie macie?!
S: Tak w ogóle.
P: Jak chcecie, to zapraszam w każdej chwili do skorzystania z mojego.
E: Dziękujemy, nie trzeba, ale za to bardzo chętnie skorzystamy z książek.

Nagle Peggy wykrzykuje “Czy mówiłam Wam już o mojej książce?”
Przyznajemy, że widzieliśmy, że pisze poezję, ale nie mieliśmy pojęcia o książce. Wtedy Peggy przepycha się między nami: “Nie może być, przepraszam, przepraszam!”, a ja gubię mango, ziemniaka i dwa pomidory, próbując utrzymać karton z mlekiem (lactose free, kosher), butelkę soku pomarańczowego, chleb tostowy i kiść winogron.

Wróciła po chwili z małą, niebieską książeczką. “Samolot, którym leciała moja siostra został zestrzelony w czasie wojny i przez to okropnie bałam się latać. Aby pomóc mi oswoić się z tym lękiem, mój mąż opowiedział mi historię o Elpasach, niewidzialnych ludziach , którzy sprawiają, że samoloty latają bezpiecznie, a ja opisałam to w książeczce dla dzieci”.

Dostaliśmy specjalną dedykację, a także chleb z rodzynkami na dokładkę, obiecaliśmy zbierać gazety, które co rano lądują pod drzwiami naszej sąsiadki i po raz kolejny życzyliśmy jej szczęśliwej podróży.

Tacy ludzie, jak Peggy sprawiają, że świat staje się lepszy.

Mój świat na pewno.

W górach jest wszystko, co kocham. O tęsknocie.

“Tęsknisz za domem?” pytają. Oczywiście, że tęsknię. Za domem, za Polską, za rodziną, za przyjaciółmi. Tęsknię za swojskością, za językiem, w którym rozumie się więcej niż wypowiadane słowa, za swobodą wyrażania się i za zrozumieniem, kiedy w ostateczności rzuci się soczystą kurwą. Tęsknię za tym, że mogę po prostu wejść do księgarni i kupić książkę PO POLSKU. Tęsknię agilą, za ulicami, które się zna na pamięć i tym, że ma się to niezachwiane poczucie stabilności świata, bo 4-ką zawsze dojedzie się do Hali Ludowej.

Tęsknoty te da się jednak “przegadać”, “przemyśleć”, “przeżyć” przeżywaniem dnia codziennego albo przygód. Da się złagodzić logiką i kontrargumentem, że dokonało się w życiu wyborów, że coś za coś, że nie można mieć wszystkiego, że bilety do Polski na wrzesień już kupione i nie mazgaj się, bo mieszkasz na klifie i w Australii fajnie (i na ogół ciepło) jest.

Właściwie dopiero po zamieszkaniu nad oceanem uświadomiłam sobie, że jestem, choć tak po prawdzie to mieszczuchem, ale jednak człowiekim gór. Podczas obu wizyt w Polsce zabierałam S. w góry, tak, jak Tato zabierał nas przez całe życie. Była to dla mnie najnaturalniejsza rzecz, jaką się robi, gdy ma się trochę wolnego i mieszka na Dolnym Śląsku.

Tato był prawdziwym człowiekiem gór. Kiedy byłam bardzo mała, pamiętam 2-tygodniowe sesje, kiedy znikał, a ja, w głębi mojego małego serduszka, cieszyłam się i zacierałam małe rączki, bo wiedziałam, że na pewno wróci z jakąś niespodzianką. Zawsze przywoził mi, a potem nam, prezenty wracając w wypraw w góry. Pamiętam, że kiedy widziałam go wieczorami robiącego pompki w sypialni oznaczało to, że wyjazd w góry się zbliża. Na długo przed tym zanim nauczyłam się napisać poprawnie własne imię, wiedziałam, że najpiękniej w górach jest jesienią, jak przygotować buty na wędrówkę, co spakować do plecaka i jak czytać mapy. W zasadzie czego, jak czego, ale map wszelkiej maści zawsze było w naszym domu pełno.

Było też pełno książek. Pierwszą “prawdziwą” książką, jaką przeczytałam w całości był “Doktor Dolittle i jego zwierzęta” (lektura w pierwszej klasie podstawówki!). Po każdym przeczytanym rozdziale siadaliśmy razem z Tatą w pokoju, zamykaliśmy drzwi i miałam mu opowiadać, co się w danym fragmencie wydarzyło. Denerwowałam się tylko za pierwszym razem, potem uwielbiałam te momenty, kiedy mogłam własnymi słowami opowiedzieć o świecie, który zaczynałam poznawać. Miała to być moja pierwsza (i najlepsza) lekcja czytania ze zrozumieniem, a także publicznych wypowiedzi. Dla mnie jednak to były ekscytujące chwile, kiedy Tato, na codzień milczący, surowy, a nawet groźny, stawał się towarzyszem przygód i kompanem w dyskusji. Wtedy też z zazdrością obserwowałam, jak jego zakładka przemieszcza się przez książkę znaczniej szybciej niż moja. I tak już zostało: przez lata, co dwa – trzy tygodnie tachałyśmy w siostrą stosy książek z biblioteki, które robiły rundkę po domu. Po przeczytaniu przez nas, książki lądowały z drugą zakładką na parapecie obok fotela Taty.

Tato zawsze był małomówny, silny, od podejmowania decyzji, nigdy nie dał mi, ani nikomu, prowadzić swojego samochodu i potrafił wszystko. Podobno, kiedy się dorasta, rodzic z bohatera, “który wszystko wie i wszytko potrafi” staje się normalnym człowiekiem. Choć Tato z czasem też stał się dla mnie człowiekiem, z całym pakietem dobrych i złych cech, to nadal potrafił WSZYSTKO i w wielu aspektach wyprzedzał swoją epokę. Kiedy nastąpił pierwszy atak, próbowałam utrzymać to silne ciało rzucające się w drgawkach i patrzyłam, jak tężeje, bo nie może złapać oddechu. Już w szpitalu, po podaniu leków, kiedy wszystko się nieco uspokoiło, Tato powiedział, że następnego dnia o 15tej mają wymienić w aucie klocki hamulcowe. “Będziesz musiała się tym zająć”. Nigdy nie usłyszałam od Taty, że we mnie wierzy, choć w wielu momentach tego potrzebowałam, ale wtedy w szpitalu, o 3 nad ranem, to było najdosadniejsze “wiem, że sobie poradzisz”, o jakie mogłabym prosić.

Od tamtej pory tato wielokrotnie przebywał w szpitalu. Ja w tym czasie zerwałam więzadło i czekały mnie dwie operacje kolana. Jedna z dziewczynek trenujących w naszej grupie capoeira dała mi gumkę recepturkę w kształcie dinozaura “na szczęście, żeby udało się naprawić nogę”. Taka była wtedy moda wśród dzieciaków, na zbieranie gumek o różnych kształtach. Założyłam tego dinozaura na rękę i przekazywaliśmy sobie potem tę gumkę z Tatą na zmianę, przy moich i jego operacjach, tak na szczęście.

Dyplom magisterski kończyłam w szpitalu. Rozkładałam laptopa na małym stoliku w pokoju Taty i rysowałam rzuty, przekroje, modelowałam 3D, i dowiadywałam się, jak to tak naprawdę powinno działać, żeby dało się zbudować. Na obronie byłam sama, o kulach, tuż po artroskopii kolana. Mama się spóźniła, bo jechała ze szpitala i utknęła w korkach. Po obronie pojechałyśmy z powrotem do Taty i w szpitalnej kawiarence jedliśmy lody, by uczcić koniec moich studiów. Tato nigdy nie powiedział mi, że jest ze mnie dumny, a ja wiem, że całe życie podświadomie robiłam wszystko, by to usłyszeć. Kiedy przyniosłam dyplom, Tato leżał w domu, już nie mógł chodzić i miał trudności z wymową. Trzymał go w tej ręce, którą mógł jeszcze władać i się rozpłakał. Tato był budowlańcem, a ja już oficjalnie mgr. inż. arch. Był dumny. Jedną z moich wizytówek z pracy trzymał na parapecie, przy którym kiedyś stał jego fotel, a teraz specjalne łóżko, i pokazywał ją każdemu kto odwiedzał nas w domu.

Dzień przed swoimi 50-tymi urodzinami, Tato, który nigdy nie dzielił się swoimi myślami (do głosu dochodziły zawsze jedynie decyzje) powiedział patrząc w szpitalne okno: “No to teraz wszystko się skończyło”. Nie, odpowiedziałam zdecydowanym głosem, wcale, że nie. Opiekowałeś się nami przez 25 lat, teraz jest zmiana. Przynajmniej przez kolejne 25 lat my się będziemy Tobą opiekować. Wg mnie to uczciwy podział, dodałam z uśmiechem.
Potem wyszłam z pokoju, osunęłam się na podłogę na korytarzu i przesiedziałam tak 2 godziny płacząc rękaw. Pielęgniarki na Borowskiej, uprzejmie udawały, że mnie nie widzą, za co jestem im wdzięczna do dziś.

Tato zmarł po 9 miesiącach choroby, która powoli odbierała mu człowieczeństwo: władzę w lewej ręce, potem stopniowo w całym ciele, możliwość samodzielnego jedzenia, mowy, aż w końcu oddychania. Było to najtrudniejsze 9 miesięcy naszego życia. Było i nadal pozostaje najpiękniejszymi 9 miesiącami mojego życia. Chciałabym tylko znaleźć sposób, by któregoś dnia umieć opowiedzieć moim dzieciom, że miałyby najlepszego dziadka pod słońcem, gdyby tylko gumowe dinozaury mogły przynosić szczęście.

Tej zimy też byliśmy w górach. W trakcie jednej z wypraw przypomniałam sobie, jak miałam 14 lat i podczas któregoś z wyjazdów wakacyjnych, dotarliśmy z o. Bielem na szczyt jako pierwsi. Czekając na resztę grupy, siedzieliśmy opierając się plecami o siebie i patrzyliśmy na rozpościerający się poniżej krajobraz. Powiedział wtedy, ni to do mnie, ni to do siebie: “Tu, na szczycie, wieje wiatr i wiesz, że to wszytko ma sens, bo to Duch Boży lata ponad górami i układa wszystkie sprawy na tym świecie”.
Tej zimy okazało się, że noszę w sobie jeszcze jedną tęsknotę, nieukojoną, taką, co ściska za gardło i nie da się jej ani przełknąć, ani “przetłumaczyć” samemu sobie. To tęsknota za górami, bo tam najbardziej czuć ducha Taty.

04.03.2017.

161224-04523
Karpacz 2016

161230-04644
Śnieżnik 2016

161230-04651
Śnieżnik 2016

161230-04672
Śnieżnik 2016

161230-04678
Śnieżnik 2016

161230-04699
Śnieżnik 2016

161230-04705
Śnieżnik 2016

161230-04711
Śnieżnik 2016

161231-04735
Szczeliniec 2016

161231-04736
Szczeliniec 2016

161231-04770
Szczeliniec 2016

Pamiętacie Peggy?

Ilekroć spotykaliśmy Peggy (pamiętacie naszą 84-letnia sąsiadkę?) na schodach lub w windzie, byliśmy zapraszani na herbatę. Przy naszym napiętym grafiku, niestety przez dość długi czas nie udało nam się zgrać momentu, kiedy i my, i Peggy byliśmy w domu. W końcu, tuż przed świętami usłyszeliśmy pukanie do drzwi. Za pół godziny mieliśmy co prawda wyjeżdżać na rodzinny obiad (mówię Wam, obowiązki i tradycje we Włoskiej rodzinie… dość ciekawy temat na osobną historię), ale to akurat wystarczająco dużo czasu, by wypić z naszą sąsiadką herbatę.
Zacznijmy od tego, że Peggy naprawdę ma na imię Margaret, ale mówiąc to skrzywiła się znacząco [P: “sami przyznacie, że to okropne imię?”]. Jest Żydówką pochodzenia południowoafrykańskiego, a także doktorem habilitowanym logopedii i korekcji mowy. [P: “o tam, na tej najwyższej półce stoją tomy (*6 opasłych tomów – przyp. Felo) z moim doktoratem i się kurzą, bo nikt już ich nie czyta” – sprawdziliśmy, Peggy niemal przez całe zawodowe życie wykładała na uniwersytecie, studenci nadal czytają te “tomy”]. Poślubiła 13 lat od siebie starszego Żyda, który zbiegł z faszystowskich Niemiec do RPA, została jego drugą żoną. Mieszkali przez pewien czas w Chicago, aż w końcu przybyli do Sydney. Choć mąż, którego zdjęcie wisi na ścianie, wśród czarnobiałych i kolorowych fotografii ciemnowłosych chłopców i dziewczynek w różnym wieku, nie żyje od kilku lat, Peggy opowiadała o niem, jakby dopiero co wyszedł do sklepu i miał lada moment wrócić.

W jej uroczym, eklektycznie, ale pięknie urządzonym mieszkaniu, znajduje się wiele obrazów i rzeźb, tematyką związanych głównie z Holocaustem, na regałach dopatrzyłam się klasycznych pozycji literatury światowej, a na półkach i stolikach, w mniej formalnych stosach tytuły tj. “myśli z Tory”, “Zen na każdy dzień”, czy “Antologia poezji angielskiej”. W kuchni, tradycyjnie, dwa zlewy i dwie zmywarki – osobno dla mięsa i mleka. W pokoju urządzonym na biuro – dwa nowe komputery, a nasze numery telefonów zostały zapisane na iPhonie 6 plus.

Popijaliśmy herbatę i przegryzaliśmy koszerne biszkopty. W rozmowie Peggy nie raz zaskoczyła nas wiedzą historyczną, kulturową i oczytaniem, rzucają mnóstwo wcale zabawnych komentarzy [po tym, jak S. powiedział, że jego rodzina pochodzi z Kalabrii, P: “mam nadzieję, że nie od tych z Ndranheta?”].

Zostawiliśmy Peggy zapasowy klucz do naszego mieszkania i zaprosiliśmy któregoś dnia na kolację [P: “a kto u was gotuje? Bo ja to nie znoszę gotować, coż za strata czasu!” (* bratnia dusza! – przyp. Felo)], które z radością przyjęła. Tego dnia przed snem, S. popatrzył na mnie z powagą i zapytał: Jak ja, u licha, mam ugotować Peggy koszerną kolację?!

Z ciekawostek geograficzno – kulturowych: mieszkamy w Vaucluse, dzielnicy zamieszkanej głownie przez Żydów, głównie południowoafrykańskich, stąd jest to jedno z najdroższych miejsc w Sydney, w supermarketach połowa towaru leży na półkach oznaczonych jako koszerne, na witrynach sztucznym śniegiem napisano “Happy Hanukkah” tuż obok “Merry Christmas”, a ja już od jakiegoś czasu próbuję zapamiętać, żeby kupić koszerne ciasta albo krakersy, w razie niespodziewanych gości.

Po powrocie z Polski, mijając się z Peggy przy windzie, umówiliśmy się na wspólne śniadanie. Wstępnie na niedzielę, 19-tego lutego, czyli jutro. Nie byliśmy pewni, czy powinniśmy się przypomnieć, zadzwonić, zapukać, czy napisać smsa (ciekawe, czy Peggy odczytuje wiadomości, wiele starszych osób wcale niekoniecznie…), ale w piątek nasze wątpliwości zostały rozwiane:

FullSizeRender.jpg

Peggy odpisuje na iMessage i używa emotek. A także chce się karnąć Brerą 🙂

Czytelnia (3). Joanna Bator | Jakub Żulczyk | Czesław Mozil

 

“Piaskowa Góra” Joanna Bator

W zdaniach naszpikowanych słowami, skojarzeniami, zapachami, nasiąkniętymi groteską i sarkazmem tak dosadnym, że aż prawdziwym, Piaskowa Góra jest tak swojska, tak znajoma, tak prawdziwa, że nie wiadomo, czy śmiać się czy płakać. Czy może od razu wstydzić. Osiada głęboko i zapada w umysł i ducha. Wyborna lektura.


“Zrób mi jakąś krzywdę, czyli wszystkie gry video są o miłości” Jakub Żulczyk

Czytasz, jakbyś biegł. Nie ma czasu na oddychanie. Zdania wystrzeliwane są z kartek prosto w Twoją głowę, by tam eksplodować wyobrażeniami. Jak naboje z karabinu maszynowego. Czujesz się, jakbyś patrzył na chłopaka, co podciąga się na drążku, zamocowanym o framugę drzwi (tę pomalowaną farbą olejną). Zgięte w kolanach nogi, naprężone ramiona, żyły uwypuklają się na szyi, a podbródek ciągnie coraz wyżej, gdy ręce nie są już w stanie wywindować go na wystarczającą wysokość.
Dokąd biegniemy? Do kogo strzelamy? Po co tak się podciągasz i twarz wykrzywia Ci się z wysiłku? Albo chociaż ile Ci jeszcze tych podciągnięć zostało chłopaku?



“Nie tak łatwo być Czesławiem” Czesław Mozil & Jarosław Szubrycht

Dobrze było przeczytać, bez kwiatków i konfetti, że wszyscy jesteśmy ludźmi, cieszymy się, złościmy, potrafimy robić fajne rzeczy i się tym dzielić z innymi, wiele spraw w życiu spieprzyliśmy, ale dzięki temu jesteśmy w tym miejscu, w którym mamy być. Naiwne i miałkie słowa, nieco Paulo Coleho? Tak, ale w tym wszystkim Czesław opowiedział nam o sobie, o tym jak jest i jak bardzo on jest człowiekiem. Nie powiem, że teraz to już go znamy, bo przeczytaliśmy o nim książkę. Nie znamy, bo tylko przeczytaliśmy książkę. Ale nie trzeba tu na siłę szukać dodatkowych określeń, że zwykły chłopak, Polak, Duńczyk, muzyk, artysta, celebryta, pijak, kobieciarz, emigrant, patriota, czy jak tam go jeszcze w Polsce nazywają. Jak wszyscy, gdzieś się urodził, gdzieś mieszka i robi swoje. I on też, jak wielu z nas, czasem robi coś dla innych, i to jest fajne.

 

Znajdź mnie na Goodreads.