Codziennik Australijski (6) $1,90 długu i człowiek człowiekowi człowiekiem.

W Australii, idąc do szpitala, jesteś zobowiązany do wpłacenia “wpisowego”, za to, że Cię do szpitala przyjmują oraz depozytu. “Wpisowego” można uniknąć, jeśli wybierze się w ubezpieczeniu prywatnym opcję “without excess”, ale miesięczna stawka jest wtedy wyższa. Czyli pi razy oko musisz sobie oszacować, jak często będziesz w trafiać do szpitala i co Ci się bardziej opłaca. Depozyt płacą wszyscy i z tego są pokrywane koszty np. prześwietlenia, które może być konieczne podczas operacji, albo leki, które dostajesz przy wyjściu itd. Wynosi on $100 i jeśli coś zostanie, to przysyłają Ci czek z resztą do odbioru. Po sierpniowej operacji czek przyszedł dopiero w styczniu, ale nie szkodzi, mogę sobie odebrać $32.50. No i fajno.


Tydzień po rekonstrukcji, która odbyła się w lutym, znalazłam w skrzynce pocztowej rachunek za X-ray zrobiony na stole operacyjnym, gdy było już po wszystkim, wynoszący $96.90. Widocznie moja stówka poszła na leki, nie szkodzi, taka, powiedzmy, inwestycja w jacht. Mam 7 dni na zapłatę, mogę zrobić przelew, iść do banku, albo zapłacić przez transfer B-pay, czyli przesłać określona kwotę bezpośrednio do wystawiającego fakturę. Potwierdzenie wyślę potem do mojego ubezpieczyciela i dostanę 95% zwrotu kosztów. W ferworze łykania tabletek i ogólnego wyczerpania emocjonalno — fizycznego, przypomniałam sobie o tym prześwietleniu w niedziele przed zaśnięciem. To już 9 dni! Mam długi! Mam tak skonstruowany mózg i system nerwowy, że nie potrafię żyć z długami, kartę kredytową spłacam 5 dni przed terminem i będę siedziała głodna, ale oddam każdego centa, jakiego byłam zmuszona pożyczyć od kogokolwiek kiedykolwiek. W popłochu chwyciłam więc telefon i wysłałam $95 prosto do Mater Imaging. Zasnęłam spokojnie, tylko po to żeby w poniedziałek rano uświadomić sobie, że coś mi się pomieszało i nadal jestem dłużna $1,90. W panice chciałam wysłać nieszczęsną resztę, ale minimum transferu B-pay to $10. Nie pozostawało mi nic innego, jak zadzwonić i przyznać się do wszystkiego. Tak też zrobiłam.

– (…) przepraszam raz jeszcze za całe zamieszanie, to naprawdę była pomyłka, grube paluchy, wie pani, jak to się na tych ifonach przyciska te numerki, bardzo chcę dopłacić to $1,90!
– Ależ, nie ma problemu, proszę wysłać B-pay jeszcze raz z $1,90
– Próbowałam, ale limit miniumum to $10
– Och. Proszę poczekać, zapytam kolegów, bo nie wiem co w takiej sytuacji możemy zrobić.

Muzyczka leci, a ja siedzę ze słuchawka przerażona, że już nigdy żadna instytucja w Australii, ani w ogóle nikt, mi nie zaufa, bo nawet porządnie rachunków nie umiem zapłacić…

– Halo, dziękuję za cierpliwość, jest Pani tam?
– Ależ jestem.
– Rozmawiałam z kolegami w dziale i proszę się nie przejmować, my to pokryjemy.
– Słucham?
– Wie pani, każdemu się może zdarzyć, bo to jeden raz, ja się poplątałam w tych liczbach i rachunkach…
– Ale na pewno? A czy to nie będzie problem w waszych kadrach, albo przy zgłaszaniu zwrotu do ubezpieczenia, że się cyferki nie zgadzają?
– Wystawimy rachunek zapłacony na $96.90 i wszystko będzie ok.
– Ojej, dziękuję i naprawdę przepraszam, że …(po polsku przetłumaczyć by to można było jako “jestem takim nieogarem”).
– Nie ma problemu, miłego dnia!

Odłożyłam słuchawkę oniemiała. Człowiek człowiekowi człowiekiem.

Będę winna szpitalnemu roentgenowi $1,90 do końca życia.

Noga się goi.

acl3

Codziennik Australijski (5) O siedzeniu na dachu.

Godzina 21.30, usiadłam na dachu z paczką kabanosów 200g za $5.20 w promocji i paczką papierosów mentolowych, co to mi je dobry człowiek z Polski razem z czerwoną herbatą i krówkami przywiózł. Nie, nie palę papierosów, jem regularnie trzy zdrowe posiłki dziennie z dodatkowym bananem przed treningiem rano, chodzę spać przed 23 i uprawiam aktywności fizyczne. Papieros to jedynie atrybut, jak to kiedyś, dawno temu, mądry Huzarski, po nie pamiętam już którym kieliszku śliwowicy, w środku nocy, we wrocławskich Schodach Do Nikąd, zauważył. Atrybut taki sam, jak kowbojski kapelusz dla małego chłopca. Każdy z nas potrzebuje czasem takiego atrybutu i tak jak mały chłopiec z kapeluszem na głowie, przestaje płakać, bo przecież kowboje nie płaczą.
Usiadłam więc na dachu z kabanosami i papierosem, widok przecież mam niezgorszy, w końcu mieszkam na 14 piętrze w centrum Sydney. Przychodzą bowiem takie wieczory, kiedy nie ma dokąd pójść, więc najlepiej wdrapać się na dach, gdzie już tylko światła wieżowców i nietoperze. Pokochałam to miasto za wiele rzeczy, ale chyba najbardziej za pachnące drzewa eukaliptusowe i te nietoperze, których jest wszędzie pełno, nawet w centrum. Można by oczywiście w zamian wziąć kąpiel z bąbelkami, świecami i czerwonym winem, ale w takie wieczory, to najchętniej człowiek by wsiadł w agilę i pojechał na drugi koniec Wrocławia, na Opatowice. Albo napisał do Lubowieckiej, czy przypadkiem nie kończy zmiany w Kerfie i wracając nie wpadłaby na Blacharską na fajkę. Albo pojechał na Pereca, w dresie i bez makijażu. Albo napiłby się nalewki cioci Warchołowej. Albo poszedł na spacer na Saperów, bo tam mógłby posiedzieć 5 minut, albo i całą noc, a rano dostałby czysty podkoszulek z Kapitanem Ameryką i skarpetki, choć nieco za duże bo rozmiar Kubkowy na 206 cm wzrostu. Albo zadzwonił do ulubionej Matki Polki ze Ślusarskiej, czy położyła już dziecko i męża spać i nie chciałaby się przejść na spacer. Albo obejrzał po raz 56 “Potwory i spółka” z Uhowcem.
Ja jedynie mogłam posiedzieć na dachu z głową ciężką od spraw, z którymi trzeba będzie się zmierzyć na tym drugim końcu świata, a potem wrócić do mieszkania, wziąć prysznic z mydłem Aesop, bo choć drogie, to ładnie pachnie i dobrze zaprojektowane mają opakowania i wnętrza sklepów firmowych i powiedzieć sobie, jak za każdym razem “suck it up, princess”. I tak kochasz to, gdzie jesteś. Nie wiesz, gdzie będziesz za miesiąc.

Codziennik Australijski (4) Ropa, dzieci w wózkach, wiara w ludzkość.

Miejsce: (1) Garaż podziemny. (2) Parramatta Park.
Udział biorą: (1) Seb, samochód, felo. (2) Rowerzyści mali i duzi, pani z wózkiem, dziecko w wózku, felo.

Dwie któtkie opowiastki z codzienności wzięte, choć śmiem twierdzić, że gdyby tak się przyjrzeć uważniej, dotykają one tkanki wszechświata. A na pewno ludzkości. Tkanki ludzkości. A konkretniej mózgu.

(1) Po piątkowym firmowym Christmas party, w sobotę po południu, gdy już wróciliśmy do stanu pozwalającego prowadzić pojazdy mechaniczne, odbieramy auto z biura.
Seb: A wiesz, że beznyna staniała o 40 centów na litrze?
felo: 40 centów na litrze, to dużo… W sam raz na nasz świąteczny road trip!

Na przeciwko naszego budynku biurowego jest stacja benzynowa. Wyjeżdżając z garażu:
S: O, teraz to już 50 centów na litrze.
f: Ej, ale dlaczego oni to zrobili?
S: Widzisz,  the government watch dog zauważył…
f: Co?
S: ACCC – “the australian competition and consumer commission”, czyli department w rządzie, który pilnuje, by firmy nie zdzierały z obywateli.
f: Ach tak.
S: No więc ACCC zauważyło, że cena ropy na świecie ostatnimi czasy spadła, a ceny paliwa w Australii jakimś dziwnym trafem nie zostały obniżone, więc w skrócie, rząd zmusił koncerny paliwowe do zrewidowania cen.

Faith in Humanity: restored.

(2) Niedzielnym porankiem, skoro świt (i to nie jest metafora, bo mam na myśli godzinę 5.30) wybraliśmy się na przejażdżke rowerową z Sebastianem, Samem oraz synem Sama, co ma lat 9, a na rowerze jest szybszy i wytrzymalszy niż my w trójkę razem do kupy wzięci. Przepedałowaliśmy sobie w czwórkę wesolutko przez Sydney Olimpic Park aż do Parramatta (22 km), gdzie dołączyliśmy do Briana i jego dwóch synów (12 i 7 lat). Tworząc w ten sposób całkiem przyzwoity peleton, robiliśmy okrążenia w Parramatta Park, gdzie niemal 3 km-owym owalem sprawiedliwie dzielą się między sobą biegacze, kolarze i mamy lub tatusiowie z wózkami. Tutaj pozwolę sobie wtrącić – parki w Australia są bardzo duże, z mnóstwem krzaczorów i zwierzyny, mimo, że niektóre z nich znajdują się w centrum miasta, a drzewa eukaliptusowe pachną tak, że biednemu Europejczykowi może się w głowie zakręcić – jednym słowem, uwielbiam. Gdy młodsza część drużyny zgłosiła potrzebę przerwy (44 km), a pełnoletnia odetchnęła w duchu z ulgą, bo sama już ledwo zipiała, ale wstyd się było przyznać, zatrzymaliśmy się na poboczu, by złapać oddech i pogadać na zwyczajne kolarskie tematy, takie jak waga i cena rowerów, ilość przejechanych km w ostatniej trasie, wypadki i kraksy kolarskie oraz jaki rower kupujemy za następną pensję (w tym momencie wyraźnie widać, że jeżdżenie na rowerze z własnym szefem może być pozytywem lub wcale nie koniecznie…). Jako, że wózki z dziećmi oraz pchający je dorośli zostli wspomniani wyżej, w pewnym momencie mija nas taki właśnie tandem. Pani w wieku “mid-30”, wózek spacerówka, więc i dzieciak taki, co już siedzi (tak wywnioskowałam na podstawie mej ogromnej wiedzy o dzieciorach), ciekawy świata, wszystko chce zobaczyć, rozgląda się dookoła, bo wszędzie tyle głosów, zapachów i kolorów… Otóż nie. Do wózka firmowo zamontowany jest uchwyt na ipoda, w uchwycie, a jakże!, tkwi ipod i to oto dziecię ogląda sobie jakąś piskliwą bajkę wyświetlaną na tymże ekranie. Długo żem ja stała w osłupieniu, pragnąc przekonać samą siebie, że to tylko zły sen, że ta kobieta, to dziecko, ten ipod w parku, że to nie wydarzyło się naprawdę. Niestety, wyraz twarzy dwóch ojców oraz Sebastiana potwierdził, że to wszystko nie było tylko moim przywidzeniem.

Faith in humanity: destroyed.

Codziennik Australijski (3) Satyra na wieczór/siłownię/ogólność.

Miejsce: siłownia
Udział biorą: chłopak i dwie dziewczyny, felo.

Piąteczek, piątunio, a ja wybrałam się o godzinie 21.30 na siłownię.

Tak, mam siłownie na parterze mojego budynku, dostępną dla mieszkańców 24h. Nie jest to może centrum fitnesowego wszechświata, ale w niezbędne maszyny do ćwiczeń jest zaopatrzona, lustra na ścianach, wiatraki na suficie oraz odświeżacz do powietrza o zapachu męskiego dezodorantu (halo gender) posiada, więc zawsze to miło i sympatycznie, jak się płaci czynsz, a oszczędza na karnetach na siłke.

Tak, piątek, zamiast popijać jakiś tam alkohol, poszłam na siłownię, a to z tej przyczyny, że ja ten alkohol to mam w dupie, a raczej wole go tam nie mieć, gdyż w niedzielę jadę time trialowy wyścig na rowerach i chciałabym przynajmniej dojechać do mety zanim umrę, co by wstydu nie było. Stopy moje nie dotknęły pedałów ani razu w tym tygodniu, gdyż zmagałam się z udarem słonecznym, którego to nabawiłam się w minioną niedzielę (jestem z Polski, gdzie na 365 dni w roku, słonecznych przypada jedynie 75  – skąd mam wiedzieć jak się obchodzić ze słońcem w grudniu? <facepalm>). Ból głowy, poparzona skóra, twarz czerwieńsza niż ta Agila, co w Polsce została… nic tylko usiąść i zapłakać nad własną głupotą.

Także piątek, wkraczam ja dumnym krokiem do tej naszej siłowni, a tam ku mojemu zaskoczeniu aż trzy osoby sobie ćwiczą, z czego jedno dziewczę o cechach urody azjatyckiej, na bieżni, słuchawki w uszach, przed sobą zaś ma ipoda. I tak sobie spaceruje niespiesznym krokiem oglądając film/serial. Zaskoczyło mnie to, nie powiem, że nie, bo ja, człowiek starej daty, jak myśli bieżnia, to myśli bieganie, jak bieganie, to najwyżej jakaś tam skoczna muzyka w uszach i ten wysiłek fizyczny to i dla ciała i dla ducha jakaś praca do wykonania… Ale co ja się tam znam na wysiłkach sportowych?
Wsiadłam na rowerek i tak nadal sobie myślę, że jakoś tak mi to nie pasuje, że ta bieżnia i ten film, i że jak już spacerować, to mogła się wybrać w do parku, gdzie ptaszki ćwierkają, a wieczorem nietoperze latają. Albo, że jak już przyszła na siłownie, to mogłaby się przebrać w jakieś wygodniejsze ubranie, a nie tak w dżinsach… Taka dygresja tutaj, proszę nie posądzać mnie o rasizm, ja tylko suche fakty przytaczam: w nieustanne zdumienie i niepojęcie wprawiają mnie Azjaci (których z powodu bliskiego sąsiedztwa kampusów uczelnianych w naszym condo jest kilkaset), którzy to wpadają do siłowni w absolutnie cywilnym ubraniu i półbutach-cichobiegach, że i do spodni do kantu dałoby się je dopasować. Jedni pokręcą się kilka minut, tu jakiś ciężarek podrzucą, tam się o bieżnie potkną, kilka skłonów własnym ciałem wykonają i opuszczą pomieszczenie bez większych ceregieli. Drudzy, i to jest dla mnie niezwykłym, będą w takim odzieniu biegać przez 90 minut, albo ćwiczyć na maszynach poważne ćwiczenia. I mówię tu o przypadkach idących w dziesiątki, nie tam, żeby raz się to zdarzyło, albo, że to zawsze dwie te same osoby. Tyle jeszcze zagadek kulturowych do rozwikłania przede mną! (A panowie w klapkach kubota podnoszący ciężary obrzydzają mnie do granic niemożliwości na wszystkich 4 kontynentach, na jakich byłam i korzystałam z siłowni).

Wracając jednak do wspomnianego w piątkowy wieczór dziewczęcia, jak to mówią, uderz w stół, a obrońcy uciśnionych się odezwą i od razu znajdziemy argumenty, że co to, miała po nocy, po ciemku, na spacery chodzić, żeby ją kto okradł albo i co gorszego zrobił? Że może ciężko pracuje od świtu do nocy, by siebie i rodzinę wykarmić, to w dzień nie może? A może kinematografie studiuje i właśnie prace semestralną odrabia? I lepiej, niech spaceruje, jak miałaby na kanapie leżeć i film oglądać, przynajmniej trochę ruchu zażyje. Albo w ogóle jakby mogła, to by maratony biegała, ale zdrowie nie pozwala i lekarz kazał spacerować, i lepiej byś uważała na to co sobie myślisz, bo jeszcze te twoje myśli usłyszy i się rozpłacze, a ty do nieba nie pójdziesz. Przecież każdy kogo spotykasz toczy jakąś ciężką walkę, czegoś się obawia, coś kocha i coś stracił, albo ma kota o imieniu Purr Purr i ten kot ma dziś chandrę i potrzebuje pobyć sam, więc ona szlachetnie wyszła z domu i gdzieś się musiała podziać, bidulka.

Ja jednak wierzę, że jako człowiekowi przysługuje mi prawo do myślenia moich własnych myśli i będę to robić nadal, bez względu na to czyjego kota obrażam. Tak więc ja sobie w tym moim małym rozumku myślę, że tu nie o moją sąsiadkę chodzi, a ogólnie o to, czego to my, ludzie, nie zrobimy, żeby tylko ta praca, jaką chcemy/musimy podjąć była najlżejsza, przebiegała najbardziej gładko i bezboleśnie, i żeby nam się nic za bardzo nie spociło, ani ciało, ani rozum. Kto by tam chciał zmusić organizm do wysiłku, a w głowie zostać sam na sam ze swoimi myślami? Że owszem, podejmiemy wyzwanie i będziemy pracować nad słabościami i będziemy przekraczać granice naszych słabości, ale przy tym wszystkim ma nam być komfortowo i najlepiej w klimatyzowanym lokalu.

Codziennik Australijski (2) Odkrycie poczynione sobotnim popołudniem.

Miejsce: Sydney
Udział biorą: społeczeństwo, Seb, felo.

Mieszkam sobie już półtorej roku w tym kraju, gdzie w zimie jest zimno (naprawdę jest), a latem gorąco (bardzo gorąco) i nadal nie umiem obsługiwać się autobusami. Mniejsza jednak o autobusy, bo postanowiłam podzielić się wczorajszym (sobotnim) inspirującym odkryciem. Żeby była jasność – odkrycia tu przydarzają mi się bardzo często, na ogół potykam się o nie na prostej drodze, tym razem jednak sprawa była tak niewielkiej wagi w porównaniu z wiecznością, a zarazem tak ogromnej wagi w obliczu… nie-wiadomo-czego, że nie mogę się powstrzymać.

Taka sytuacja: sobota, około południa, w drodze na wystawę popartu, przemierzamy spacerem Sydney w celu upolowania jakiegoś jedzenia przed wizytą w NSW Gallery. Idziemy George Street, jedną z najbardziej ruchliwych ulic w centrum i mijamy Town Hall (który teraz służy raczej jako obiekt wystawowo-festiwalowo-imprezowy), gdzie, jak zawsze w weekend, ktoś coś oprotestowuje, skanduje lub paraduje w jakimś słusznym celu. Trudno się przepchać przez chodnik, bo rzeczywiście grupa ludzi zabiera podpisy, rozdaje ulotki i ogólnie przeszkadza ludziom podążać naprzód w im tylko wiadomych celach. Napisy na transparentach głoszą coś w stylu “stop Abbott cutting founds for ABC. Help us rescue Triple J”. Parę słów wyjaśnienia: Tony Abbott – niezwykle często oprotestowywany premier Australii (jaki premier, nie jest często oprotestowywany, tak na marginesie?), ABC – telewizja publiczna, Triple J – najpopularniejsza radiostacja, o dziwo, nie puszczająca Rihanny, ale w znacznej większości Chata Fakera, Alt-J, Fume i im podobnych. Telewizja, jak i radiostacja są “państwowe”, fundowane przez rząd. Myślę więc sobie, ach pewnie to tylko podpisy podobne tym, jakie wszyscy za młodu często składaliśmy w obronie koni, przewozu koni, uboju koni czy innych przypadłości związanych z końmi, po których nikt jednak oswobodzonego lub humanitarnie przewiezionego konia nigdy nie spotkał… Z drugiej jednak strony, w moim małym rozumku sobie pomyślałam, że skoro fundowane przez rząd, a teraz fundusze będą obcięte, to pojawi się jeszcze więcej reklam i komerchy, a wszyscy wiemy, jak to jest wysłuchiwać co 15 min na temat nietrzymania moczu, hemoroidów, żylaków, albo niegrzecznych dzieci, które po zażyciu polecanego suplementu diety zawierającego magnez nagle stają się dobrze wychowane. W pierwszym odruchu wiec pomyślałam sobie, że ma to jakiś tam sens, żeby się buntować, ale co ja mogę wiedzieć o rządowych funduszach, australijskich mediach i petycjach?

– Hej Seb, o co chodzi z tą petycją?
– Ci ludzie nie używają mózgow…
– Hę?
– Popatrz, zatrzymują przechodniów i mówią, że będą cięcia i że rząd jest taki bezlitosny, prawda?
– No tak, i ja sobie myślę, że jak mniej pieniędzy z rządu to więcej z komercyjnych źródeł i że to nie idzie w dobrym kierunku…
– Tylko widzisz, “founds are not cut, but curved”.
– Nie rozumiem.
– W naturze budżetu leży to, że co roku jest większy, bo wydatki są większe, bo potrzeba więcej pieniędzy na to i na tamto. Fundusze przeznaczane na media również rosną z każdym rokiem. Rząd natomiast co rok szuka oszczędności, bo poza martwymi kangurami, nie znajdziesz dolarów leżących bezpańsko przy drogach. Upraszczając więc, 2 lata temu na telewizję i radiostacje przeznaczone zostało 50 złotch talarów*, rok temu 55 złotych talarów, a w tym roku 60 złotych talarów, widać więc, że fundusze rosły, prawda? Natomiast teraz zdecydowano, że w przyszłym roku zamiast 65 złotych talarów, przeznaczone zostanie 62 złote talary, a w roku następnym 64. To się nazywa “curving founds”. “Cutting founds” byłoby gdyby w przyszłym roku przewidzianych byłoby 58 złotych talarów, a rok później – 56.
– Ach rozumiem, rzeczywiście niezbyt zgodne z prawdą te ich hasła na ulotkach. Ale jeśli jednak wydatki rosną, a budżet nie rośnie adekwatnie do nich, to robi się miejsce na dla reklam i komerchy i z tym można się nie zgadzać.
– W ABC i Triple J nie ma reklam i by nie będzie, gdyż być nie może. Takie jest prawo.
– Jak to ?!
– To są państwowe stacje telewizyjne i radiowe. Jedyne reklamy, jedyne mogę być nadawane, to te dotyczące programów, filmów czy audycji zapowiadanych an antenie.
– Jak to…
– Co innego SBS, tam jest sporo reklam, ale to jest telewizja komercyjna.
– W Polsce nawet w państwowych mediach na każde 60 minut przypada 40 reklam i 20 muzyki. Przy dobrych watrach.
– No więc tutaj nie może być żadnych komercyjnych reklam, ani nawet nazwy produktów nie mogą być wymieniane w audycjach.

Wyobraźcie sobie, że nigdy nie zauważyłam braku reklam. W telewizji co prawda, oglądam jedynie kolarstwo i F1, ale Triple J słuchamy w samochodzie zawsze, a samochodem jeździmy dużo. Mieszkam w tym kraju już półtorej roku i nadal nie umiem obsługiwać się autobusami, śmieję się przy co drugim żarcie (jak dobrze pójdzie) wypowiadanym w towarzystwie, w wychwytywaniu australijskiego sarkazmu jestem tak dobra jak Sheldon Cooper w wychwytywaniu jakiegokolwiek sarkazmu i nie zauważyłam (czyt. nie zdążyłam się zachwycić) prostego, ale jakże pięknego faktu, że w radio puszczają świetną muzykę, interesujące audycje i nie ma ani grama reklamowego bełkotu.

Pozdrawiam z Sydney.

* – waluta fikcyjna, co by nie szastać prawdziwymi pieniędzmi australijskiego rządu.

Codziennik Australijski (1). Niedzielny obiad w Australii.

Niedzielny obiad u rodziców Lindy – Asyryjczyków, którzy wyemigrowali z Iranu 50 lat temu. Tato Lindy, Slewo Joseph, 86-letni pan z uśmiechniętymi oczami i spracowanymi dłońmi, oprowadził mnie po swojej farmie i opowiedział swoją historię.

“Iran to niebezpieczne miejsce, zwłaszcza dla nas, chrześcijan. Pracowałem tam w dużej firmie, która wysłała mnie pewnego dnia na 6-miesięczne szkolenie do Anglii. Po powrocie powiedziałem do Margaret, mojej żony: nauczyłem się tam wielu rzeczy, ale to, czego się przede wszystkim dowiedziałem, to tego, że musimy stąd wyjechać. Ciężko jest opuścić swój dom, ale wiedziałem, że jeśli tam zostaniemy, moi synowie zginą walcząc w kraju, który nawet nie jest dla nich.
Jeden z inżynierów, których spotkałem w UK powiedział mi o Australii. Poszedłem więc do swojego szefa i powiedziałem, że chce dostać urlop i tam pojechać.
– Dlaczego tam? – zapytał.
– Bo w Anglii już byłem, teraz chciałbym zwiedzić Australię. – odpowiedziałem z uśmiechem.
Przyjrzał mi się bardzo uważnie.
– Pomogę ci. – powiedział.
Kiedy wróciłem do niego ze stemplem w paszporcie, pozwalającym mi na 3-miesięczny pobyt w Australii, zapytał jeszcze raz:
– Chcesz tak po prostu stracić pracę i swoją przyszłość?
– Moja przyszłość to przyszłość moich dzieci. – odpowiedziałem.
Potem była długa podróż do Bejrutu, stamtąd do Bangkoku i ponad 6 tygodni statkiem do Sydney. Konsul, który sprawdzał mój paszport powiedział mi tylko, że jeśli nie będę mógł znaleźć pracy, mam go odszukać i on mi pomoże. Pracę znalazłem. Moja żona przyjechała niedługo po mnie, z piątką naszych dzieci. Taka podróż, statek, wszyscy mieli chorobę morską, a Margaret była w 7 miesiącu ciąży! Udało się. Wybudowałem dom, kupiłem farmę kurczaków. 1500 jajek tygodniowo, wyobrażasz to sobie?!
Tu były klatki dla kurcząt… o, a tu pakowaliśmy jajka do pudełek. Wybudowałem drugi dom, bo mieszkaliśmy dotąd z siedmiorgiem dzieci w dwóch izbach. Później, kiedy sprzedałem wszystkie kury, pracowałem w szpitalu konstruując i dopasowując instrumenty medyczne. Tu jest mój dyplom za tamte lata pracy… Teraz mam 6 owiec, pomagają mi „kosić trawę”.
Tak, pracowałem ciężko, ale moje dzieci zdobyły wykształcenie, mają pracę, rodziny, mam troje wnucząt. Żaden z moich synów nie nosi przy sobie karabinu. Australia była bardzo dobra dla mnie.”

Potem przybiegł Sinu (13-letni boxer) i zaślinił moje ciastko, koszulę Johna i gazetę pana Slewo. Sinu to słowo pochodzące z tybetańskiego i oznacza „szczęście”.