Codziennik Australijski (3) Satyra na wieczór/siłownię/ogólność.

Miejsce: siłownia
Udział biorą: chłopak i dwie dziewczyny, felo.

Piąteczek, piątunio, a ja wybrałam się o godzinie 21.30 na siłownię.

Tak, mam siłownie na parterze mojego budynku, dostępną dla mieszkańców 24h. Nie jest to może centrum fitnesowego wszechświata, ale w niezbędne maszyny do ćwiczeń jest zaopatrzona, lustra na ścianach, wiatraki na suficie oraz odświeżacz do powietrza o zapachu męskiego dezodorantu (halo gender) posiada, więc zawsze to miło i sympatycznie, jak się płaci czynsz, a oszczędza na karnetach na siłke.

Tak, piątek, zamiast popijać jakiś tam alkohol, poszłam na siłownię, a to z tej przyczyny, że ja ten alkohol to mam w dupie, a raczej wole go tam nie mieć, gdyż w niedzielę jadę time trialowy wyścig na rowerach i chciałabym przynajmniej dojechać do mety zanim umrę, co by wstydu nie było. Stopy moje nie dotknęły pedałów ani razu w tym tygodniu, gdyż zmagałam się z udarem słonecznym, którego to nabawiłam się w minioną niedzielę (jestem z Polski, gdzie na 365 dni w roku, słonecznych przypada jedynie 75  – skąd mam wiedzieć jak się obchodzić ze słońcem w grudniu? <facepalm>). Ból głowy, poparzona skóra, twarz czerwieńsza niż ta Agila, co w Polsce została… nic tylko usiąść i zapłakać nad własną głupotą.

Także piątek, wkraczam ja dumnym krokiem do tej naszej siłowni, a tam ku mojemu zaskoczeniu aż trzy osoby sobie ćwiczą, z czego jedno dziewczę o cechach urody azjatyckiej, na bieżni, słuchawki w uszach, przed sobą zaś ma ipoda. I tak sobie spaceruje niespiesznym krokiem oglądając film/serial. Zaskoczyło mnie to, nie powiem, że nie, bo ja, człowiek starej daty, jak myśli bieżnia, to myśli bieganie, jak bieganie, to najwyżej jakaś tam skoczna muzyka w uszach i ten wysiłek fizyczny to i dla ciała i dla ducha jakaś praca do wykonania… Ale co ja się tam znam na wysiłkach sportowych?
Wsiadłam na rowerek i tak nadal sobie myślę, że jakoś tak mi to nie pasuje, że ta bieżnia i ten film, i że jak już spacerować, to mogła się wybrać w do parku, gdzie ptaszki ćwierkają, a wieczorem nietoperze latają. Albo, że jak już przyszła na siłownie, to mogłaby się przebrać w jakieś wygodniejsze ubranie, a nie tak w dżinsach… Taka dygresja tutaj, proszę nie posądzać mnie o rasizm, ja tylko suche fakty przytaczam: w nieustanne zdumienie i niepojęcie wprawiają mnie Azjaci (których z powodu bliskiego sąsiedztwa kampusów uczelnianych w naszym condo jest kilkaset), którzy to wpadają do siłowni w absolutnie cywilnym ubraniu i półbutach-cichobiegach, że i do spodni do kantu dałoby się je dopasować. Jedni pokręcą się kilka minut, tu jakiś ciężarek podrzucą, tam się o bieżnie potkną, kilka skłonów własnym ciałem wykonają i opuszczą pomieszczenie bez większych ceregieli. Drudzy, i to jest dla mnie niezwykłym, będą w takim odzieniu biegać przez 90 minut, albo ćwiczyć na maszynach poważne ćwiczenia. I mówię tu o przypadkach idących w dziesiątki, nie tam, żeby raz się to zdarzyło, albo, że to zawsze dwie te same osoby. Tyle jeszcze zagadek kulturowych do rozwikłania przede mną! (A panowie w klapkach kubota podnoszący ciężary obrzydzają mnie do granic niemożliwości na wszystkich 4 kontynentach, na jakich byłam i korzystałam z siłowni).

Wracając jednak do wspomnianego w piątkowy wieczór dziewczęcia, jak to mówią, uderz w stół, a obrońcy uciśnionych się odezwą i od razu znajdziemy argumenty, że co to, miała po nocy, po ciemku, na spacery chodzić, żeby ją kto okradł albo i co gorszego zrobił? Że może ciężko pracuje od świtu do nocy, by siebie i rodzinę wykarmić, to w dzień nie może? A może kinematografie studiuje i właśnie prace semestralną odrabia? I lepiej, niech spaceruje, jak miałaby na kanapie leżeć i film oglądać, przynajmniej trochę ruchu zażyje. Albo w ogóle jakby mogła, to by maratony biegała, ale zdrowie nie pozwala i lekarz kazał spacerować, i lepiej byś uważała na to co sobie myślisz, bo jeszcze te twoje myśli usłyszy i się rozpłacze, a ty do nieba nie pójdziesz. Przecież każdy kogo spotykasz toczy jakąś ciężką walkę, czegoś się obawia, coś kocha i coś stracił, albo ma kota o imieniu Purr Purr i ten kot ma dziś chandrę i potrzebuje pobyć sam, więc ona szlachetnie wyszła z domu i gdzieś się musiała podziać, bidulka.

Ja jednak wierzę, że jako człowiekowi przysługuje mi prawo do myślenia moich własnych myśli i będę to robić nadal, bez względu na to czyjego kota obrażam. Tak więc ja sobie w tym moim małym rozumku myślę, że tu nie o moją sąsiadkę chodzi, a ogólnie o to, czego to my, ludzie, nie zrobimy, żeby tylko ta praca, jaką chcemy/musimy podjąć była najlżejsza, przebiegała najbardziej gładko i bezboleśnie, i żeby nam się nic za bardzo nie spociło, ani ciało, ani rozum. Kto by tam chciał zmusić organizm do wysiłku, a w głowie zostać sam na sam ze swoimi myślami? Że owszem, podejmiemy wyzwanie i będziemy pracować nad słabościami i będziemy przekraczać granice naszych słabości, ale przy tym wszystkim ma nam być komfortowo i najlepiej w klimatyzowanym lokalu.

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out /  Change )

Google photo

You are commenting using your Google account. Log Out /  Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out /  Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out /  Change )

Connecting to %s